Korespondencja z Paryża
– Lud podnosi głowę, nie chce już dłużej cierpieć, podporządkowywać się. To jest znakomita wiadomość, choć nie dla Emmanuela Macrona – mówi „Rzeczpospolitej” Marine Le Pen, przewodnicząca Zgromadzenia Narodowego (dawniej Front Narodowy). – Nas to w żaden sposób nie zaskoczyło. Od dawna walczymy o to samo – dodaje.
Gdy w sobotę na Polach Elizejskich wybuchły gwałtowne starcia między „żółtymi kamizelkami” („gilets jaunes”) a policją, szef MSZ Christophe Castaner próbował zdyskredytować ruch protestu, identyfikując go ze „skrajną prawicą” i „brunatnymi koszulami”.
Ale we wtorek Pałac Elizejski zdecydowanie zmienił front. Przedstawiając nową strategię ekologiczną kraju, prezydent zaprosił „gilets jaunes” do przedstawienia swojego stanowiska. Przede wszystkim jednak ogłosił, że planowana od 1 stycznia podwyżka opodatkowania oleju napędowego będzie zawieszona. W zamian zostanie stworzony mechanizm uzależniający opodatkowanie paliw od ceny ropy.
„Nie zgadzam się, aby przebudowa modelu energetycznego wzmocniła nierówności między regionami kraju i jeszcze bardziej utrudniła warunki życia naszych rodaków, którzy mieszkają w regionach wiejskich” – ogłosił we wtorek w wystąpieniu telewizyjnym prezydent.
Ruch „gilets jaunes” zmobilizował przede wszystkim Francuzów z głębokiej prowincji, bo to oni najwięcej używają starych diesli, a także czują się najbardziej porzuceni przez państwo. Nigdzie nie widać tego lepiej niż w Amiens, mieście, skąd pochodzi Macron. To stolica dawnej Pikardii, najbiedniejszego obok Nord-Pas-de-Calais regionu Francji, gdzie zdecydowana większość mieszkańców żyje na tak niskim poziomie, że przysługują im mieszkania socjalne.
– Problem Macrona polega na tym, że nie ma on oparcia na prowincji. Jego partia – En Marche! – powstała już po wyborach samorządowych, więc tak w Amiens, jak i w całym regionie nigdzie nie jest u władzy. Prezydent po prostu nie ma ludzi, którzy wprowadziliby w terenie reformy. I biorąc pod uwagę załamanie jego popularności, wątpię, aby jego ruch zdobył merostwo czy region w wyborach w 2020 r. – mówi „Rz” Laurent Somon, wywodzący się z Republikanów szef departamentu Sommy, gdzie znajduje się Amiens.
– Tu ludzie w ogóle się nie identyfikują z Macronem. Urodził się w bogatej dzielnicy Henriville, całe życie należał do burżuazji, to zupełnie nie jest profil typowego mieszkańca Amiens – potwierdza Jean-Pierre Chevauche, zastępca szefa gazety regionalnej „Le Courrier Picard”.
Ustępstwa prezydenta idą dalej. We wtorek odłożył do 2050 r. moment, w którym mniej niż 50 proc. elektryczności będzie produkowana w elektrowniach jądrowych. Do 2035 r. ma być jednak zatrzymana praca 14 reaktorów o mocy 900 MW. Jednocześnie Macron rozpocznie trzymiesięczne konsultacje w terenie nad kierunkiem polityki energetycznej.
– Ruch „gilets jaunes” odzwierciedla frustrację narodu dalece wykraczającą poza kwestię cen paliw – przyznają źródła bliskie ministrowi finansów Bruno Le Maire’owi. – Ale nie możemy teraz zupełnie porzucić naszej strategii, zacząć obniżać podatki i podnosić wydatki państwa. Kraju na to nie stać – dodają.
Batalia o przyszłość polityczną Francji dopiero się więc zaczyna. Choć hasło ruchu kamizelek to „Macron – dymisja”, Le Pen przyznaje „Rz”: – Nie wierzę, aby prezydent ustąpił. Instytucje V Republiki są bardzo solidne, tylko on mógłby podjąć taką decyzję.
Ale jednocześnie liderka skrajnej prawicy porównuje wielkość podatków, jakie ciążą na Francuzach, do poziomu wody, który doszedł prawie do nosa: każda kolejna kropla może spowodować, że naród nie będzie mógł oddychać. To z pewnością przesada, ale na razie to ruch Le Pen jest faworytem w wyborach europejskich w maju (21 proc.), podczas gdy En Marche! Ma tylko 19 proc. poparcia. ©?