Według wenezuelskich mediów prądu nie było w co najmniej 19 z 23 stanów Wenezueli, od ok. 16:45 czasu lokalnego.

Minister informacji Jorge Rodriguez oświadczył, że blackout był spowodowany "atakiem elektromagnetycznym", ale nie przedstawił żadnych szczegółów rzekomego ataku, ani dowodów na to, że taki atak miał miejsce.

W marcu, gdy w Wenezueli doszło do potężnego, trwającego sześć dni blackoutu, władze tłumaczyły się podobnie, mówiąc o sabotażu do jakiego miało dojść w największej w tym kraju elektrowni wodnej w Guri.

Przerwy w dostawach prądu są obecnie bardzo częste w Wenezueli, która od lat pogrążona jest w potężnym kryzysie gospodarczym, spowodowanym spadkiem cen ropy na światowych rynkach.

Jednak poniedziałkowy blackout jest pierwszym, od marca, który objął całą stolicę kraju, Caracas. W mieście przestało kursować metro, przez co wielu jego mieszkańców nie miało jak wrócić do domów.

Juan Guaido, lider wenezuelskiej opozycji, który 23 stycznia ogłosił się tymczasowym prezydentem Wenezueli, odpowiedzialnością za blackout obarczył administrację Nicolasa Maduro która, jak podkreślił, nie potrafi zarządzać siecią energetyczną. Guaido wezwał swoich zwolenników do organizacji we wtorek protestów ulicznych przeciwko reżimowi.

"Zniszczyli sieć energetyczną i nie znają odpowiedzi (na ten problem - red.). My, Wenezuelczycy, nie przyzwyczaimy się do tej katastrofy" - dodał.