Wassermann, gość programu "Jeden na jeden" stwierdziła, że nie ma dowodów na to, że były premier Donald Tusk był zamieszany w sprawę Amber Gold, bo gdyby dowody na to były - nie byłaby potrzebna komiska śledcza.

Przewodnicząca komisji zapowiedziała, że wezwany zostanie przed nią każdy, kto będzie "miał coś do powiedzenia w tym zakresie". Zapewniła, że nie boi się konfrontacji z wzywanymi świadkami. Jak powiedziała, od dziesięciu lat wykonuje zawód adwokata i spotkała się już z groźbami. Odniosła się w ten sposób do słów Tuska, który stwierdził, że nie obawia się zeznań przed komisją, a "bać się powinni ci, którzy przed nią wzywają".

Wassermann skomentowała, że nic nie poradzi na to, iż afera Amber Gold miała miejsce za rządów Donalda Tuska i odpowiedzialni za nią są jego urzędnicy. Zadaniem komisji, jak mówiła jej przewodnicząca, jest nie ściągnięcie Donalda Tuska do Polski i dokuczenie mu, ale wyjaśnienie,  "jak piramida finansowa mogła funkcjonować na skalę ogólnopolską przez trzy lata i nikt nie stanął na drodze dziewięciokrotnie karanemu Marcinowi P.".

Wśród osób, które zdaniem Wassermann powinny stanąć przed komisją, są m.in. były premier i jego syn, Michał Tusk, który pracował w jednej z firm należących do Amber Gold, były szef NBP Marek Belka, minister finansów w rządzie Tuska Jacek Rostowski czy prezydent Gdańska Piotr Adamowicz.

Małgorzata Wassermann wypowiedziała sie również na temat filmu Antoniego Krauzego "Smoleńsk" i oceniła go jako "bardzo dobry". Brak zaproszenia na premierę filmu dla części rodzin ofiar katastrofy, m.in. dla Pawła Deresza, skwitowała: - Pan Deresz wie, co się w sprawie wydarzyło od samego początku. Z tego co wiem, nigdy nie czytał żadnych akt. Ten film na pewno w jego życiu by wiele nie zmienił.

Więcej na TVN24