To oznacza, że lekką ręką zrezygnowała z kilkunastu milionów złotych subwencji. Głównym zarzutem Państwowej Komisji Wyborczej wobec partii Ryszarda Petru było – tak jak w przypadku sprawozdania komitetu wyborczego – gromadzenie i wydawanie pieniędzy przeznaczonych na finansowanie udziału w wyborach bez pośrednictwa funduszu wyborczego. Ten surowy przepis w dotychczasowej historii nie pozostawiał przestrzeni do dyskusji i każde odwołanie do Sądu Najwyższego kończyło się odrzuceniem skargi.
Podobne wątpliwości jak w przypadku Nowoczesnej PKW miała wobec partii Razem. Obie uchwały zostały opublikowane 3 października, z tą różnicą, że formacja Adriana Zandberga nie odpuściła i złożyła kilkunastostronicową skargę do SN.
Podważała szereg zapisów, skupiając się na – jej zdaniem – niezgodnych z konstytucją oraz na karze nieproporcjonalnie wysokiej do przewinień. W efekcie 14 grudnia Sąd Najwyższy poinformował na oficjalnej stronie, że rozpoznał skargę i w związku z wątpliwościami natury prawnej kieruje do Trybunału Konstytucyjnego pytanie o zgodność z konstytucją zasad oceny sprawozdań finansowych partii politycznych.
Nowoczesna z prawa do odwołania nie skorzystała. To dziwi, bo gdy tylko w lipcu PKW odrzuciła sprawozdanie finansowe komitetu wyborczego Nowoczesnej, Petru w mediach zapowiadał, że wyczerpie wszystkie możliwości prawne w Polsce. A w razie konieczności skieruje sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Subwencja z budżetu dla Nowoczesnej to ponad 6 mln zł rocznie. Wizja utraty dotacji spowodowała, że politycy Nowoczesnej apelowali do sympatyków o darowizny – choćby po 10 zł. W tym celu wyprodukowano nawet specjalny spot, który miał zachęcać obywateli do finansowej pomocy.
Ten pomysł został wcielony w życie, gdy nie było jeszcze pewności, że Sąd Najwyższy podtrzyma uchwałę PKW, która odrzuciła sprawozdanie finansowe komitetu wyborczego. Ta decyzja zapadła dopiero 22 września, a jej konsekwencją było oddanie się do dyspozycji zarządu przez skarbnika partii Michała Pihowicza – prywatnie męża posłanki Kamili Gasiuk-Pihowicz – który był odpowiedzialny za wykonanie przelewu w niewłaściwy sposób. Zgodnie z kodeksem wyborczym powinien on najpierw przelać pieniądze na konto funduszu wyborczego i dopiero stamtąd na rachunek komitetu. Jego funkcję przejął wtedy poseł Adam Szłapka.
– Po pierwszej decyzji PKW i Sądu Najwyższego poprosiliśmy o analizy kancelarie prawne, które nam pomagały, i biorąc je pod uwagę, rozmawialiśmy na zarządzie partii, czy jest sens składać odwołanie. Tym bardziej że przy pierwszej sytuacji SN dokładnie powtórzył zarzuty PKW – mówi „Rzeczpospolitej" poseł Szłapka. – Decyzję o nieskładaniu odwołania podjęliśmy wspólnie na zarządzie.
Brak odwołania oznacza, że partia rezygnuje z walki o pieniądze. Do czasu orzeczenia SN mogłaby otrzymać od kilku do kilkunastu milionów złotych – w 2015 r. rozpatrywanie takich spraw trwało do 21 miesięcy. Za każdy kolejny rozpoczęty kwartał na konto partii wpływałoby 1,5 mln zł.