Jeszcze kilka miesięcy temu Geert Wilders, szef populistycznej, ksenofobicznej Partii Wolności mógł mieć słabą nadzieję, że w wyniku marcowych wyborów parlamentarnych zostanie przynajmniej członkiem rządu. Jego ugrupowanie prowadzi od dawna w sondażach. W dodatku sam premier Mark Rutte, szef partii liberalnej, uchylał się od pytań, czy możliwa byłaby powtórka z historii, kiedy to w latach 2010–2012 jego mniejszościowy rząd tolerowała, będąca poza nim, Partia Wolności.
Dzisiaj zarówno premier Rutte, jak i wszystkie inne ugrupowania mające szanse wejścia do parlamentu zapowiedziały już definitywnie, że nie będą współpracować z Partią Wolności.
Wiele się zmieniło od czasów, gdy Partia Wolności i sam Geert Wilders był traktowany jako mniej lub bardziej normalne zjawisko na holenderskiej scenie politycznej. Europa stała się celem prawdziwego najazdu imigrantów z krajów muzułmańskich. A to islam i jego ekspansja jest obiektem ataków Geerta Wildersa. Z czymś takim nikt z umiarkowanych polityków nie chce mieć nic wspólnego.
W ubiegłą niedzielę szef Partii Wolności wywołał kontrowersje, tłumacząc w jednej z prawicowych stacji telewizyjnych, że „ideologia islamska jest chyba bardziej niebezpieczna od narodowego socjalizmu" . Zażądał, nie po raz pierwszy, delegalizacji Koranu oraz zamknięcia wszystkich meczetów w Holandii. Jest ich już ponad 480. Muzułmanów jest już w 17-milionowym kraju prawie 6 proc., w tym 400 tys. to imigranci z Maroka, których szczególnie ostro atakuje Geert Wilders. W ostatnich dwu latach przybyło ponad 70 tys. imigrantów, głównie z krajów arabskich.
Większość obywateli (56 proc.) nie akceptuje nowych imigrantów. Kryzys imigracyjny przysporzył popularności partii Wildersa, co sprawia, że tym mocniej domaga się udziału w rządach. Z sondaży wynika, że jego partia cieszy się poparciem 22–25 proc. wyborców. Czyli w 150-osobowym parlamencie Wilders miałby ok. 30 posłów. A to oznaczałoby podwojenie obecnego stanu posiadania.