Zandberg opowiada się przeciw pomysłowi występowania opozycji pod jednym, wspólnym szyldem Zjednoczonej Opozycji.

- Zjednoczona opozycja to jest to, o czym marzy PiS, bo to scenariusz z Węgier. Tam ten okrzyk został wysłuchany, nieskompromitowani skleili się ze skompromitowanymi, a Fidesz wyszedł z tego z większością konstytucyjną. Więc my tej uprzejmości Kaczyńskiemu nie zrobimy - przekonuje.

Zandberg podkreśla również, że opowiada się przeciw Polsce, w której "zostaje po staremu, a zmienia się tylko to, że to nie Kaczor siedzi na górze".

Lider partii Razem bagatelizuje też sondaże, w których jego ugrupowanie często nie przekracza progu wyborczego.

- Decyzję, na kogo zagłosować, wyborcy podejmą w roku wyborczym. Jak się żyje w bańce telewizji informacyjnych, można ulec złudzeniu, że w Polsce są dwa plemiona, które żyją polityką i siedzą w okopach. Ale w tych okopach jest 10, może 15 proc. Większość zmaga się z codziennymi wyzwaniami, na politykę patrzy z dystansu. To oni zadecydują o wyniku - a decyzje wyborcze podejmą w czasie kampanii. To będzie kluczowy moment i na ten moment się przygotowujemy - mówi.

Zandberg podkreśla, że w 2019 roku "do urn wyborczych pójdą ludzie, którzy z różnych przyczyn nie zagłosują na sejmową opozycję". Jednym z powodów takiego stanu rzeczy są - jego zdaniem - "wszystkie polityczne dinozaury, które zafundowały społeczeństwu politykę niesprawiedliwą społecznie i bardzo okrutną wobec słabszych".

Polityk kpi, że zjednoczona opozycja "czyni Leszka Balcerowicza twarzą demonstracji w obronie praworządności". - Przecież to było jak prezent gwiazdkowy dla Prawa i Sprawiedliwości. Nie przypadkiem TVP Info konsekwentnie potem tłukło te obrazki. Ich przekaz był prosty: „Albo my, albo Balcerowicz” - mówi.

- Gdyby nie organizacje pozarządowe, które zaproponowały sensowną formę protestu, to Sąd Najwyższy byłby dziś pozamiatany - przekonuje polityk.