To wszystko fundamentalne pytania, na razie bez pewnych odpowiedzi. Recenzję tego niespodziewanego ruchu liderów lewicy przyniesie dopiero historia, zapewne nieodległa. Ale mimo to nie jesteśmy przecież w tej kwestii intelektualnie bezradni. Możemy próbować zrekonstruować na swój użytek motywacje, bilans zysków i strat, a przede wszystkim – powinienem napisać o tym w pierwszej kolejności – mapę polskiej polityki z udziałem wszystkich nurtów lewicy.

Czy jestem jej wielbicielem? Z pewnością nie. Dojrzewałem politycznie w latach 80., w skompromitowanym stanem wojennym nominalnie lewicowym państwie. Ówczesna lewica nie tylko pobrudziła sobie ręce krwią współobywateli po 13 grudnia, ale też zafundowała totalne bankructwo systemu. Jeśli nawet w cieniu jej sztandarów tliły się gdzieś jeszcze jakieś przebłyski dawnych wartości, to przykrył je brutalny sowiecki bolszewizm, zbrodnie w Afganistanie, a w Polsce bankructwo gospodarki, ucieczka Polaków na Zachód czy tępa propaganda epoki Jaruzelskiego. Przez to wszystko naprawdę trudno było, nawet przy najlepszej woli, doszukiwać się sympatii do socjalizmu. Dlatego wypisywaliśmy sobie na koszulkach hasło „element antysocjalistyczny". Dlatego z takim entuzjazmem braliśmy za swoje idee antykomunizmu, niepodległości, demokracji i kapitalizmu. Oczywiście, lewica po 1989 r. nie zniknęła ani nie spłonęła w płomieniu auto da fé. Przetrwała, a nawet ze zmiennym szczęściem partycypowała we władzy. Jednak – jak mówią jej liderzy – zawsze było jej mniej wolno. Leszek Miller, który wprowadzał jako premier Polskę do zjednoczonej Europy, do końca nazywany był „postkomunistą". Gdyby wywodził się z innej epoki albo reprezentował na przykład partię chadecką, miano by go za bohatera i postać epokową. Wywodził się jednak z szeregów PZPR, więc jego sukces komentowano z przekąsem, choć akcesja do Unii Europejskiej była prawdopodobnie najważniejszym aktem polskiej polityki zagranicznej od chrztu Polski przez Mieszka w 966 r.