Jest artystką odważną i konsekwentną, o niepospolitej inteligencji, z własnym „ja". Niewielu twórców potrafi – jak ona – przez lata zachować w sobie bunt, bronić swoich poglądów, nie chodzić na łatwiznę. Ma mocną pozycję w światowym kinie, kręci filmy w Polsce, Francji, Wielkiej Brytanii, USA i w Czechach. Reżyseruje seriale. Wierzy w kino środka.

– W kinie rozjechały się dwie skrajności – twierdzi. – Produkcje dla masowej widowni są dziś w 90 proc. wydmuszką amerykańską albo lokalną chałą. A z drugiej strony mamy filmy ambitne, które krążą w obiegu zamkniętych festiwalowych przyczółków. Tymczasem nie można niczego budować ani na plastikowej komercji, ani na niszy. Trzeba oprzeć się na tym, co ma żywy kontakt z widzem i staje się dla niego przygodą: emocjonalną i intelektualną.

Od 2014 r. przez dwie kadencje była przewodniczącą Rady Europejskiej Akademii Filmowej. Żyje między Stanami Zjednoczonymi, Francją a Polską. Ale mówi: – Moje korzenie się nie zmieniają. Jestem kobietą, matką, Europejką, Polką. To wszystko mnie określa. Tak to już jest, że człowiek niezależnie od tego, gdzie mieszka, nosi w sobie swój świat.

Wewnętrzny świat Agnieszki Holland (rocznik 1948) kształtował się w latach 50. i 60. XX wieku. Matka Irena Rybczyńska – dziennikarka, autorka książek i poradników. Ojciec Henryk Holland – przedwojenny komunista, potem dziennikarz zaszczuty przez system. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1961 r., w czasie ubeckiej rewizji w jego mieszkaniu.




Czeskie dojrzewanie

W dzieciństwie dużo chorowała, wiele czasu przeleżała w szpitalu, poznała smak inności i samotności. Zaczęła pochłaniać książki. Później czekały ją studia reżyserskie. W Pradze, bo w Polsce w tamtym czasie Hollandówna nie miała szansy, by dostać się do szkoły łódzkiej. Czeska FAMU okazała się świetnym doświadczeniem. Przyszła reżyserka była też świadkiem praskiej wiosny i sowieckiej interwencji. – Obserwowałam kraj, który zachłysnął się wolnością, a potem znów gasł i pochmurniał – wspomina. Przeżyła aresztowanie w czasie manifestacji, więzienie. Pierwsze miłości i małżeństwo.

Po powrocie do Warszawy Holland zadebiutowała „Wieczorem u Abdona" – poetycką impresją nakręconą według opowiadania Iwaszkiewicza. Rok później powstały gorzkie, społecznie ostre „Niedzielne dzieci" o nielegalnej adopcji, wreszcie pełnometrażowe, nakręcone razem z Pawłem Kędzierskim i Jerzym Domaradzkim „Zdjęcia próbne".

Na przełomie lat 70. i 80. filmowcy rozpoznali społeczne nastroje i niepokoje, które doprowadziły do solidarnościowej rewolucji 1980 roku. Skupieni wokół Andrzeja Wajdy młodzi reżyserzy stali się współtwórcami polskiego „kina moralnego niepokoju". Holland zrealizowała sztandarowe dzieła tego nurtu. W „Aktorach prowincjonalnych" sportretowała ludzi zdeprawowanych przez lata socjalizmu, skazanych przez socjalizm na życiową klęskę, a przecież buntujących się przeciwko układom, korupcji i „podwójnej moralności". W tamtym okresie powstała też „Gorączka" oparta na „Dziejach jednego pocisku" Andrzeja Struga – jak określiła to sama reżyserka, opowieść „o rewolucji zjedzonej przez mechanizm zdrady i prowokacji". A wreszcie, w 1981 r., przejmujący film o alienacji i braku nadziei, „Kobieta samotna". Historia romansu starzejącej się kobiety i kulawego listonosza, która także dzisiaj piecze i boli.

Stan wojenny zastał Holland w Szwecji. Nie wróciła do kraju. – Cena za emigrację zawsze jest wysoka – mówi. W jej przypadku oznaczała rozłąkę z najbliższymi, z mężem. Po perturbacjach udało jej się sprowadzić do Paryża córkę. Pierwsze lata na Zachodzie były też dla niej trudne jako dla artystki. We Francji straciła wrażliwość na niuanse, język i smak dnia codziennego. Może dlatego, stając znów za kamerą, zwróciła się ku historii. Jej pierwszym filmem zrealizowanym na Zachodzie były „Gorzkie żniwa" – opowieść o żydowskiej dziewczynce przechowywanej za okupacji w wiejskim domu. To była nominacja do Oscara.

Potem zrealizowała „Zabić księdza" o księdzu Popiełuszce. I film „Europa, Europa". Za jego scenariusz dostała kolejną nominację oscarową. Dotknęła tu tematów, które zawsze ją interesowały – zapętlenia w historii, totalitaryzmów XX wieku, ale też podwójnej tożsamości i słabości ludzkiej natury. Pytała: kim był żydowski chłopak, który trafił do elitarnej nazistowskiej szkoły? Zaszczutym człowiekiem próbującym przeżyć wojnę czy oportunistą, który w imię przetrwania wyrzekł się wartości? Pytania o tożsamość zadawała też we francuskim „Olivier, Olivier".

W 1993 r. dla wytwórni Warner Bros Holland zekranizowała „Tajemniczy ogród", udowadniając, że kino dla dzieci może być piękne i mądre. Film zarobił za oceanem 32 mln dolarów i Ameryka otworzyła przed reżyserką ramiona. Mogła wrosnąć w Hollywood, ale zamiast nakręcić blockbuster z amerykańską gwiazdą, zdecydowała się na zrealizowanie w Europie trudnego, gorzkiego obrazu o Rimbaudzie i Verlainie – „Całkowite zaćmienie", gdzie zresztą rozkwitł 20-letni wówczas Leonardo DiCaprio. W USA również pracowała, tyle że na własnych warunkach. Wyreżyserowała „Plac Waszyngtona" według Henry'ego Jamesa i „Trzeci cud", w którym w czasach racjonalizmu mówiła o potrzebie wiary. Inteligentnie, nie dając recept, tylko zadając pytania. Robiła kino przystępne, lecz wyzywające intelektualnie. Taka też była „Kopia mistrza" – historia starego, tracącego słuch Beethovena i jego uczennicy. Głęboki film o człowieku obdarzonym przez Boga wielkim talentem, o męce i euforii tworzenia, o smaku sukcesu i klęski.

Sztuka i jej zadania

Mieszkała w USA dziesięć lat, jednak Ameryka jej nie wciągnęła. Jej światem jest Stary Kontynent, ma swoje bazy w Paryżu, Bretanii, Warszawie. Do Ameryki wraca – kręci odcinki seriali, często tych najambitniejszych, jak „The Wire", „Treme", „The Killing" czy „House of Cards". Seriale kręci też w Europie: w Czechach powstał jej „Gorejący krzew" o samospaleniu Jana Palacha, w Polsce „Ekipa", w której obnażyła mechanizmy polityki.

Jest dziś obywatelką świata. I każdy jej film staje się ważny. W nominowanym do Oscara „W ciemności" sięgnęła po autentyczną historię Leopolda Sochy, który w czasie wojny we Lwowie przechowywał grupę Żydów. W zrealizowanym na podstawie książki Olgi Tokarczuk „Pokocie" w formie stylizowanego thrillera pokazała współczesne, podzielone społeczeństwo, w którym brakuje tolerancji, rządzi prawo silniejszego i nie ma miejsca dla słabych. Trzy lata później w „Obywatelu Jonesie" przypomniała postać dziennikarza, który opisał Wielki Głód na Ukrainie. Opowiedziała o kłamstwach propagandy, o odwadze człowieka, który chce wykrzyczeć prawdę, o wartości prawdziwego dziennikarstwa. A podczas ostatniego festiwalu w Berlinie zaprezentowała „Szarlatana". To oparta na autentycznej historii czeskiego uzdrowiciela panorama XX wieku od I wojny światowej do czasu komunizmu, diagnoza chorób toczących Europę – rodzących się reżimów i nacjonalizmów.

Holland jest wierna sobie. I stała się niemal instytucją. Osobą nieobojętną, świadomą roli, jaką powinni odgrywać artyści i intelektualiści. Obywatelką świata, która – choć widzi słabości demokracji – broni jej założeń. Nie boi się mocnych wystąpień politycznych. A przy tym od dawna mówi o potrzebie uczciwego spojrzenia na siebie. – Na nienawiści nie da się niczego budować – powtarza. – Nie wiem już, jaka ilość piachu byłaby potrzebna, żeby zasypać rowy, które dzielą dziś ludzi. Ale próbować trzeba.

Wierzy, że to także jedno z zadań sztuki.