A przecież zapowiadało się dobrze, dzieciństwo spędziłem wszak w szpitalu psychiatrycznym. Nie będę tu dodawał, że mieszkałem na osiedlu dla pracowników tegoż szpitala, bo popsułoby to cały wywód. Do więzienia też mnie kilku życzliwych chciało wysłać, fatygując w tej sprawie sądy, ale to ekscytujące wydarzenie wciąż jeszcze przede mną. Wzięło mnie na rozrachunek ze sobą nie tylko dlatego, że wedle mojego licznika to mój 100. felieton na łamach „Plusa Minusa", co jakoś należałoby uczcić. Także dlatego, że czas mamy wyjątkowo rocznicowy i same ważne tematy się mnie cisną.

Ot niedawno, bodaj przy okazji 100. rocznicy Cudu nad Wisłą, usłyszałem znane doskonale labiedzenie, że znów martyrologia i kult klęski, że oddychać się nie da. Za chwilkę przy okazji rocznicy porozumień sierpniowych dojdzie do tego jeszcze styropian i teatralne przewracanie oczami, że jakże długo jeszcze, że znieść się tego naszego nurzania się w patriotycznym sosie nie da. Ludzie naprawdę tak myślą w Tymkraju. Znana mi skądinąd trzydziestoparoletnia warszawianka – pani wykształcona, choć niezbyt zamożna – martwi się właśnie, bo musi posłać synka do szkoły społecznej. „Chodził do publicznego przedszkola i zrobili z niego małego patriotę" – rzuciła i zastanawiać się tylko można, czy w jej głosie więcej było bólu, przekąsu czy skutków udaru z powodu upałów. Tak czy owak demony patriotyzmu kłębią się nad duszyczką niewinną i matka, grosza nie szczędząc, musi pacholę przed niebezpieczeństwem uchronić.

Jest to wszystko o tyle absurdalne, że wbrew powszechnemu mniemaniu zdajemy się mieć na martyrologię i bogoojczyźniany patos, na całą tę tromtadrację alergię szczególną i uciekamy od tego, jak tylko się da. Uciekamy i uciekaliśmy od tej zarazy niszczącej nasze europejskie aspiracje, zanim owa choroba opanować nas zdołała i zanim jakiekolwiek aspiracje nam się pojawiły. My, ot tak, antycypowaliśmy. Nie było przecież jeszcze pierwszych wolnych wyborów, a już bohater podziemia sprzedawał legitymację Solidarności na aukcji generałowej Kiszczakowej, a wszystko to przy akompaniamencie wiwatów, że słusznie, bo styropian szkodzi, że dość wspomnień.

Najszybciej uciekali od tego filmowcy, wiadoma rzecz, artyści zawsze w awangardzie. W kraju, w którym robi się z 50 filmów rocznie w ciągu 30 lat wolnej Polski zrobiono jeden, dosłownie jeden film o Katyniu, jeden o bitwie warszawskiej, czy o Grudniu '70, ledwie kilka o stanie wojennym. A może łatwiej niż o wojnie szło nam robienie filmów o bohaterach? Po jednym filmie doczekali się Korczak i ks. Popiełuszko, jeden ma też Irena Sendlerowa, ale to dlatego, że zrobili go Amerykanie. Filmu o Pileckim wciąż nie ma, o Annie Walentynowicz czy Janie Karskim też zresztą nie. Wyliczankę można mnożyć, ale po co, skoro i tak wszyscy są przekonani, że nic tylko kręcimy martyrologiczne gnioty?

Ucieczka od historii, strach przed nią jest w światowym kinie czymś niepojętym. Amerykanie co roku robią po kilka filmów o dowolnej z wojen, Czesi potrafią upomnieć się o Masaryka, dramatyczne filmy robią Węgrzy, tylko my wyspecjalizowaliśmy się w najdurniejszych melodramatach, dla niepoznaki zwanych komediami romantycznymi. Gdybyż to jeszcze był wynik niechęci świata sztuki do wchodzenia w partyjne spory, zrozumiałbym, ale przecież co ma Pilecki do wojny PiS-u z resztą świata? A poza tym akurat filmowcy są w awangardzie partyjnych nawalanek i dzień bez gromów rzucanych przez panie Jandę czy Ostaszewską jest dniem niebyłym.

Ale przecież rzecz nie dotyczy tylko filmowców. Oto w kraju przekonanym, że jego zmorą, dowodem na zaściankowość i powodem wstydu wiecznego jest babranie się w martyrologii i kult klęski nie tylko elity cierpią w istocie na historiofobię. I to jest najpowszechniejsza dziś, choć nie najmodniejsza, z fobii na h.