Po pierwsze, muszę się przyznać, że jestem zapalonym żeglarzem. Dlatego też „Na szerokim, szerokim morzu” było na mojej liście lektur od momentu zapowiedzi. Opowieść o ostatniej wyprawie kapitana Jamesa Cooka, człowieka rodem z epoki wielkich odkryć geograficznych, znakomitego kartografa, jeszcze lepszego nawigatora i kapitana, a na dodatek protoplasty antropologii… Sam temat wystarczy, by każdy miłośnik literatury podróżniczej i marynistycznej był zaciekawiony. Niestety, lektura budzi mieszane uczucia.

Czytaj więcej

XVIII wiek: W poszukiwaniu Terra Australis

Wielkim pozytywem jest dokładność. Z jednym wyjątkiem (do którego wrócimy później) poszukiwania przejścia północno-zachodniego opisane są niemal dzień po dniu. Hampton Sides pisze niemal z perspektywy pojedynczych marynarzy, zamiast wielkiej opowieści o podboju oceanu mamy codzienny znój dziesiątek ludzi. Poznajemy ich troski, wypadki i niewygody, ale także sukcesy, radości i przygody. Autor nie szczędzi nam także znakomitych opisów, dzięki którym podstawowy cel literatury podróżniczej, poznanie nieznanego, zostaje zaspokojony z nawiązką.

White guilt w opowieści Sidesa. Europejczycy odpowiadają za zło całego świata

Niestety nie szczędzi nam też przymiotników. Jak z przykrością odkrywamy, Sides jest gorliwym wyznawcą tzw. white guiltu, czyli poglądu, zgodnie z którym za całe zło tego świata odpowiadają Europejczycy. Kiedy więc będziemy poznawać przestworza Pacyfiku, rozkoszować się delikatnym piaskiem na Tahiti lub odmrażać sobie uszy za kołem podbiegunowym, zawsze będzie nam przypominane, że w każdym tym miejscu biały był zwiastunem apokalipsy i tylko szukał okazji, jak zniewolić miejscową ludność lub zniszczyć środowisko naturalne. Można odnieść wrażenie, że autor wyciął ze swojej kroniki pół roku rejsu (od Nowej Zelandii do Tahiti), by nie musieć opisywać, jak mieszkańcy Tonga próbowali wciągnąć statki w pułapkę i wymordować marynarzy. W swym szowinizmie Sides miejscami przekracza granice śmieszności, choćby na sąsiednich stronach zamieszczając pean nad niewinnością i pokojowością wyspiarzy oraz opis poncza, jakie miejscowi tworzyli poprzez zmasakrowanie ludzkiego ciała na placek i wycięcie dziury na głowę w środku korpusu.

Maniera autora potępiania w czambuł wszystkiego, co europejskie i chwalenia wszystkiego, co polinezyjskie, szybko staje się męcząca. Ciekawość odkrywanych kultur i zachwyt nad nieznanym szybko ustępują znużeniu ciągłym moralizatorstwem. W zasadzie po odkryciu Hawajów zainteresowanie dalszą lekturą szybko spada. Staranne i żywe opisy stają się bardziej pobieżne i nieciekawe od momentu przybycia ekspedycji do Oregonu, tak jakby autor nie był zainteresowany ojczystym krajem. Na domiar złego wiemy, że na horyzoncie majaczy śmierć Cooka i spodziewamy się, że zostanie ona przedstawiona jako wina samego nawigatora, tak że końcówkę książki czytamy nieco na siłę.

Poczucie moralnej wyższości autora „Na szerokim, szerokim morzu” drażni

Ogólnie więc książka jest rozczarowaniem. Iście benedyktyńska staranność, z jaką Sides opisuje wyprawę Cooka, szybko przestaje nam imponować, zaś ciągłe pouczanie i poczucie moralnej wyższości autora zaczyna drażnić. Polecić lekturę mogę tylko osobom podzielającym poglądy autora, czeka je bowiem pięćset stron utwierdzania się w nich. Wszystkim innym radzę sięgnąć po coś innego.