Główna teza Dymka jest, jak sam mówi, „tyleż obrazoburcza, co oczywista". Patrząc na wskaźniki poziomu życia, wzrostu PKB i dynamiki płac, Polska po prostu jest w gronie najzamożniejszych i najbezpieczniejszych państw świata. Jego zdaniem nie mamy już problemów krajów rozwijających się, lecz krajów rozwiniętych — i są one nieodróżnialne od tych z Wielkiej Brytanii, Francji czy Belgii. Należą do nich: struktura demograficzna, stosunek do migracji, bunt prowincji przeciw metropoliom, konflikt pokoleniowy.
Dymek dodaje jednak przekorne zastrzeżenie. W innych wymiarach — skorumpowanie samorządu, tolerancja dla zachowań antyspołecznych, niebezpieczeństwo na drogach, brak zaufania do państwa — przypominamy raczej południowe Włochy. Polak ma dziś, jak to ujmuje, dobrobyt statecznego Belga i pretensje do państwa rodem z włoskiego południa.
Czytaj więcej
Pracodawcy nie interesuje to, że ktoś potrzebuje więcej czasu na wykonanie zadania albo że nie umie poprawnie zapisać równania. Ktoś z orzeczeniem...
Awans, który zatrzymał się przed ostatnim piętrem
Sukcesu Polski nie zbudowali, zdaniem Dymka, handlarze z bazarów. To nie geniusz przedsiębiorców dał Polsce miejsce w G20, choć ten mit był wygodny. Na liście 500 największych europejskich spółek jest dziewięć polskich — i wszystkie to spółki Skarbu Państwa. Duży udział w naszym sukcesie miały okoliczności zewnętrzne: korzystne wiatry globalizacji i fakt, że wszystkim — od Waszyngtonu po Brukselę — zależało, by Polsce się powiodło. Globalnemu kapitałowi, jak mówi Dymek, zależało wyłącznie na tym, by zyskać w regionie taniego, dyspozycyjnego pracownika oraz głodnego usług konsumenta.
Polski rozwój Dymek opisuje metaforą awansu w korporacji: pracowaliśmy ciężko, wpuszczono nas do gabinetów dyrektorskich i pozwolono zarobić, ale do windy jadącej na najwyższe piętro — do prezesa i akcjonariuszy — nikt nas nie zaprosił. Szybko uderzyliśmy w sufit. Dostaliśmy kawałek tortu, lecz nie prawo, by samemu go dzielić.
Czytaj więcej
Sprawa aresztowanego dziennikarza śledczego Leszka Kraskowskiego ma brzydki kontekst polityczny.
Trzy filary narodowej zgody — i biznes, który nie chce zmiany
Przyszedł też w końcu czas na namysł nad nowym modelem rozwoju. Dymek opisuje narodową zgodę w tej kwestii opartą na trzech filarach: stary model konkurencji tanią pracą się wyczerpał; Polska musi się rozwijać; trzeba zatem znaleźć nowy model. I stawia tezę kontrowersyjną — a co, jeśli mało kto tego nowego modelu naprawdę chce?
Część polskiego biznesu, jak argumentuje, dzięki masowemu ściąganiu migrantów i omijaniu prawa pracy wciąż konkuruje tanią pracą i nie ma żadnego impulsu do modernizacji. Dymek nazywa to ryzykiem „refeudalizacji" — części elit, podobnie jak szlachcie w XVII wieku, bardziej opłaca się folwark, tani eksport i konsumpcja dóbr luksusowych niż inwestycje w technologię. Zastrzega wyraźnie, że nie dotyczy to całego biznesu, ale wskazuje realny konflikt między częścią elit rozumiejącą konieczność zmiany a tą, która chce przedłużać dotychczasowy model.
Czytaj więcej
Do niedawna sukces pachniał nadgodzinami. Dzisiaj coraz częściej wolnym weekendem.
Sprywatyzowana migracja
Z tym wątkiem łączy się diagnoza, którą Dymek — za prof. Pawłem Kaczmarczykiem — nazywa prywatyzacją migracji. W minionej dekadzie Polska, wbrew politycznej retoryce twardego „nie" wobec migracji, bywała liderem Europy w wydawaniu wiz i pozwoleń na pracę. O kształcie polityki migracyjnej — kogo przyjmujemy i na jakich zasadach — decyduje dziś, jego zdaniem, nie państwo, lecz lobby przemysłowe, agencje pracy tymczasowej i powiązani z nimi samorządowcy.
Koszty tego modelu, jak mówi autor, są niewidoczne z Warszawy, bo migranci często mieszkają w „obwarzanku" pod miastem i w małych miejscowościach nieprzygotowanych, by ich przyjąć i zintegrować. Dymek ostrzega, że ten model „prywatyzacji zysków i uspołecznienia kosztów" jest też kryminogenny: powołuje się na raporty policji, według których praca przymusowa bywa dla grup przestępczych bardziej dochodowa niż sutenerstwo.
Czytaj więcej
Z pewnością przez chwilę może odetchnąć od wojny. Wojna jest wszak zła. Ale czy można ją nazwać sprawiedliwą, jeśli tylko wzmacnia okrutny wobec wł...
Szwecja czy Korea. Czas wyboru
Dymek nie formułuje gotowych recept — jak podkreśla, jako publicysta stawia diagnozę, a decyzja należy do demokratycznej wspólnoty. Wskazuje jednak rozdroże: chcielibyśmy być jednocześnie spokojną zachodnioeuropejską socjaldemokracją z emeryturą w wieku 60 lat i dynamicznym azjatyckim tygrysem przełamującym bariery technologiczne. Tych dróg, jak mówi, pogodzić się nie da — nie można być naraz Szwecją i Koreą Południową, niemieckim emerytem na wczasach w Toskanii i chińskim robotnikiem na zmianie w Shenzhen.
Receptą, którą dopuszcza, jest polityka przemysłowa oparta na „uczciwym kontrakcie" między państwem a biznesem, spięta gospodarczym patriotyzmem. Największą barierą rozwoju, jak ostrzega, może się okazać nie Merz, Zełenski czy Trump, lecz „klasowy, narodowy, biznesowy egoizm wąskiej grupy ludzi". A główną przeszkodą — wdrukowana przez pokolenia nieufność Polaków wobec własnego państwa.