Jestem zmęczony uniwersum Avengersów oraz ostatnimi filmami i serialami Marvela. Przyznaję się bez bicia, że przestałem nawet śledzić ostatnie produkcje z logo MCU. Cieszę się jednak, że nie przegapiłem „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, bo to powrót do wszystkiego, co lubiłem najbardziej w filmach Marvela. Czwarty film, w którym Tom Holland wciela się w Petera Parkera jest ulepiony ze wszystkich schematów kina o samotnym superbohaterze, który musi pogodzić się w pełni ze swoim losem, ale ten recykling jest na tyle sprawnie podany, że żadna wtórność tutaj nie irytuje. Człowiek-Pająk w poprzednim filmie musiał odsunąć od siebie (wymazujący pamięć w stylu „Man in Black”) najlepszego kumpla Neda (Jacob Batalon) i ukochaną M.J. (Zendaya). Wszystko po to, by ich ocalić i spowodować, aby świat zapomniał, kto kryje się za czerwoną pajęczą maską. Wierzył, że to się uda. Tyle że nadal wybrankę serca kocha, a za przyjacielem z liceum tęskni. Na dodatek nie ma się komu wygadać, bo jego opoka i ostoja, ciotka May (Marisa Tomei) również zginęła w poprzednim filmie. Spider-Man robi to, czego nowojorczycy od niego oczekują. Walczy z przestępczością i unika reszty Avengersów. Jest samotnym obrońcą miasta, skrytym w betonowej dżungli. Jednak nowy wróg z supermocami daje o sobie znać.