Ten francuski prawicowy polityk sprzeciwiał się wówczas dyrektywie Unii Europejskiej liberalizującej rynek usług we Wspólnocie. Można by zatem pomyśleć, że stoi po tej samej stronie co Marine Le Pen. Ale 66-letni de Villiers, w odróżnieniu od liderki Frontu Narodowego, nie jest populistą łączącym twardy nacjonalizm z akceptacją części zmian przeforsowanych przez świecką, liberalną nowoczesność. Le Pen jest rozwódką żyjącą w konkubinacie, która dopuszcza chociażby prawo do aborcji. Tymczasem de Villiers uchodzi za pobożnego katolika i przykładnego ojca wielodzietnej rodziny. To tradycjonalista odwołujący się do kontrrewolucyjnego dziedzictwa. W końcu pochodzenie zobowiązuje.
Jest arystokratą z Wandei – departamentu, którego ludność, stając w obronie monarchii i Kościoła, została w latach 1793–1794 zmasakrowana przez wojska republikańskie. Kobiety i mężczyźni w różnym wieku, w tym dzieci, byli okrutnie mordowani, nawet barki z wandejskimi jeńcami topiono w Loarze.
De Villiers zaczynał jako polityk mainstreamowy w partii gaullistowskiej. Ale ideowa pryncypialność zaprowadziła go na pozycje antyestablishmentowe. Usytuował się na prawo od Frontu Narodowego. Założył konserwatywne ugrupowanie Ruch na rzecz Francji, które pozostaje na marginesie wielkiej polityki, choć on sam odgrywa ważną polityczną rolę w swoim regionie i czterokrotnie (w latach 1994–2009) zdobywał mandat deputowanego do Parlamentu Europejskiego.
Swój stosunek do demokracji de Villiers wyraził słowami: „Wyborcy to konsumenci – wybierają prezydenta jak markę proszku do prania". Skądinąd sam dwukrotnie – w roku 1995 i 2007 – ubiegał się bezskutecznie o fotel głowy państwa.
Znamienne, że w przeszłości, w okresie zimnej wojny, nie miał on złudzeń wobec Związku Sowieckiego. Jako spadkobierca wandejskich kontrrewolucjonistów uważał komunizm za zło.