Publikacja „Newsweeka” opisująca jego związki z Collegium Humanum z pewnością nie wzmocni popularności i pozycji Szymona Hołowni, nawet jeśli Donald Tusk wystąpił ze zdawkową obroną marszałka Sejmu. Gdyby temat podjęły media prawicowe, to przy dzisiejszym spolaryzowaniu opinii publicznej szkody mogłyby być niewielkie. Ale temat wywołały i ciągną media mainstreamowe, liberalne. A zatem istotne dla elektoratu Polski 2050, bo to ugrupowanie nie ma własnego, odrębnego medialnego fanklubu.
Czytaj więcej
Kaczyński dysponował niewielkim polem manewru. Koncept z kandydatem spoza partyjnej polityki, ryzykowny i niepewny w skutkach, nasuwał się sam.
Winny? Niewinny?
Nie podejmuję się oceniać wiarygodności ani publikacji Renaty Kim w „Newsweeku”, ani wyjaśnień Hołowni. Zdaje się nie ulegać wątpliwości, że polityk został wpisany na listę studentów Collegium Humanum, w którym dochodziło do licznych nieprawidłowości m.in. w wydawaniu dyplomów MBA. Brak udziału w zajęciach używany jest jako argument obronny Hołowni, z kolei oskarżyciele traktują to jako opis pewnego modus operandi. Oto polityczni celebryci mieli dostawać gwarancję dyplomu bez najmniejszej aktywności. Jeśli Hołownia mówi, że nawet nie wie, gdzie mieści się ta uczelnia, tym gorzej dla niego. „Na tym to właśnie polega” – napisał spec od marketingu politycznego Jakub Bierzyński.
Dyplomu jednak lider Polski 2050 nie dostał. Punkt dla niego? Autorka „Newsweeka” i inni, którzy o tym piszą, twierdzą, że rektor tej uczelni Paweł Cz., wypuszczony dopiero co z aresztu, miał wpisywać zaliczenia „zaocznie”. Ale czy są na to dowody? Źródłem tej wiedzy mają być pracownicy uczelni.
Szymon Hołownia wyraża przypuszczenie, że rektor mógł robić takie rzeczy również bez wiedzy zainteresowanych polityków, aby ich uzależnić, mieć na nich haka. Zarazem nie jest w stanie odpowiedzieć, dlaczego nie próbował uzyskać skreślenia z listy. W publikacji znalazła się relacja o misji człowieka numer dwa w partii Hołowni, czyli Michała Koboski, niegdyś dziennikarza, który miał załatwiać bezpłatny kurs zakończony dyplomem i dla marszałka, i dla siebie.
W przypadku marszałka Sejmu miało nie chodzić o dyplom MBA, ale o potwierdzenie ukończenia studiów z psychologii. Pomimo całej swojej popularności świeży wciąż polityk spotykał się bowiem z pytaniami, dlaczego nie skończył studiów. Możliwe, że w obliczu kampanii prezydenckiej wydawały mu się one nawet bardziej kłopotliwe.
Mam wrażenie, że rzetelnie odtwarzam stanowiska i racje obu stron. Jednak zwraca też uwagę unikanie jak dotąd zapowiedzi sięgnięcia przez marszałka po drogę sądową. Przecież przedstawia się jako ofiara oszczerstwa. Podobno „naradza się z prawnikami”. Może i tak, ale czasem taka formułka pozwalała cofnąć się dotkniętej oskarżeniami postaci przed kłopotliwym i niepewnym sądowym procesem.
Co tu jest polityczne?
Oczywiście dochodzi do tego kontekst polityczny. Tak zwane media tożsamościowe zdobywają się nieraz na wnikliwe materiały śledcze, ale z reguły dotyczące tych, których uważają za swoich przeciwników. „Newsweek” jest takim medium – wspiera i pomaga obecnej ekipie rządzącej, ale w jej ramach preferuje Koalicję Obywatelską z Donaldem Tuskiem.
Wnikliwość nie wyklucza pomocy instytucji mających dostęp do informacji. W pierwszym odruchu Szymon Hołownia pytał, czy jest aby na pewno ofiarą intrygi pracowników Collegium Humanum, czy też może odpowiednich służb. To by oznaczało podejrzenie, że za artykułem stoją, choćby jako dostarczyciele informacji, jego koalicjanci. Później nie podtrzymywał tego wątku, zadowalając się uspokajającymi deklaracjami kolegów z koalicji, w tym Tuska. Ale jego początkowe słowa „Nie tak się umawialiśmy”, nie uszły niczyjej uwadze.
Na dodatek materiał ukazał się zaraz po tym, jak Hołownia zaatakował obu swoich głównych konkurentów w wyścigu prezydenckim. Jego krytyka Karola Nawrockiego, wspieranego przez PiS, nie dziwiła nikogo. Ale o Rafale Trzaskowskim z KO nie mówił tak mocno chyba jeszcze nigdy.
„Uważam, że Rafał Trzaskowski nie jest dobrym kandydatem na prezydenta Polski dlatego, że powiela problemy, które w Polsce mamy, ale ich nie rozwiązuje. To nie jest kwestia jego osobiście, to kwestia jego formacji. PiS robi zło, ale Platforma nie potrafi zrobić dobra. Nie potrafi zbudować, nie potrafi rozwiązać problemów”.
Było to związane z ogólnym pomysłem Hołowni na kampanię: symetrystycznym ustawianiem się pomiędzy lub może bardziej poza dwiema zasadniczymi stronami wojny polsko-polskiej. W swoim wpisie na platformie X Hołownia tak skomentował niemal równoczesne wystawienie kandydatów: „Zakończył się etap partyjnych castingów, znamy już nominacje. Po lewej stronie mamy kandydata namaszczonego przez Donalda Tuska, po prawej – przez Jarosława Kaczyńskiego. Dwie megapartie powiedziały, co będzie dla nich najlepsze przez następne pięć lat – POPIS: reaktywacja. A co będzie najlepsze dla obywateli z lewa, z prawa i ze środka? Niezależność, współpraca, bezpieczeństwo i determinacja do sklejania Polski”.
Zatem dopiero co gratuluje Trzaskowskiemu zwycięstwa w prawyborach, a zaraz potem go atakuje, na co ludzie KO zareagowali złością. Paweł Graś, przyboczny Tuska, pytał, czy ktoś aby nie włamał się na konto marszałka. To skądinąd zabawne, że przejaw normalnej konkurencji między kandydatami jest traktowany jako coś nienaturalnego. Tak jakby Polska 2050 była „bliską zagranicą”, zobowiązaną do słuchania, a nie do polemik z Platformą. Czy jednak tej atmosfery nie współtworzył sam Hołownia? Już w roku 2020, kiedy przez chwilę wydawał się być głównym kandydatem antypisowskiej opozycji, ale został powstrzymany wymianą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego przez PO, nawoływał, aby opozycyjni kandydaci nie atakowali się przed pierwszą turą.
Czytaj więcej
Po amerykańskich wyborach liderzy PO połykają własne języki, a PiS – jak wstawał z kolan, tak teraz klęka.
Za bardzo podobny
Ta myśl, ten duch, ten klimat niekonkurencyjnej koegzystencji prowadziły Hołownię nie tylko wtedy, ale niemal przez cały czas najpierw do współdziałania w opozycji, potem do wspólnego przejmowania i sprawowania władzy. Tak konsekwentnie, że w końcu rozbroiły go wobec jego partnerów, w momencie kiedy choć trochę powinien ich traktować jako rywali. Stąd to zdziwienie ludzi Tuska.
Zarazem pojawił się inny problem: zbyt wielkiego podobieństwa programów, języków i stylów Hołowni oraz Trzaskowskiego. Możliwe, że historia z zapisaniem się na studia do Collegium Humanum zaszkodzi marszałkowi, odbierając mu głosy. Inni z kolei mogą go uznać za ofiarę intrygi politycznej. Ale ilu z nich będzie miało odwagę przypisać ją obecnej władzy, ludziom Donalda Tuska? Paść ofiarą swoich w polityce, to paść ofiarą zbrodni niemal doskonałej. Na dokładkę proces erozji kandydatury marszałka zaczął się parę chwil wcześniej.
Mityczny sondaż zamówiony przez KO mający ujawnić, kto ma większe szanse prezydenckie: Trzaskowski czy szef MSZ Radosław Sikorski, pokazywał pewną prawidłowość. Prezydent Warszawy jako kandydat odbierał część wyborców marszałka Hołowni. Zapewne jako podobniejszy do niego, bo Sikorski mógł niektórych zniechęcać swoim pseudokonserwatywnym sznytem. Zaraz po faktycznym zamknięciu listy kandydatów pojawił się jeszcze bardziej definitywny wyrok. To sondaż Opinii24, gdzie Trzaskowski miał 41 procent głosów w pierwszej turze, Nawrocki – 26, Sławomir Mentzen z Konfederacji – 12, a Hołownia – 9. Zatem lider Polski 2050 dostał jeszcze mniej, niż prognozowano podczas prawyborów w obozie Tuska.
Czy ma narzędzia, pomińmy już wojnę na haki, aby choć trochę odbudować swoją pozycję? Teraz ogłasza, że jest jedynym kandydatem niezależnym, bo niezawisłym od szefów głównych partii. Sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem, ma bowiem swoją partię. Rzecz w tym, że trudno sobie przypomnieć moment, w którym różniłby się od Tuska, wypowiedział mu w jakiejkolwiek sprawie posłuszeństwo czy zrobił coś na własną rękę. Poza drobiazgami, choćby przesunięciem terminu rozpatrywania ustaw dotyczących aborcji poza wybory samorządowe. Ale nawet wtedy, choć naraził się Lewicy i środowiskom liberalnym, to przecież działał de facto w interesie premiera. Ten nie chciał się spieszyć z głosowaniem w sprawie aborcji, przewidując, że koalicja okaże się niejednomyślna w tej sprawie, a więc nieskuteczna. W milczeniu pozwolił więc Hołowni mieć własne zdanie.
Posłuszny wobec Tuska
Trudno znaleźć w agendzie koalicji rządowej punkty, w których Hołownia o coś by walczył, czegoś chciał, do czegoś zmierzał. W teorii Polska 2050 jest odrobinę bardziej wolnorynkowa niż KO. Podczas kolejnych kampanii przejawem tej różnicy był bój o obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców. To się akurat po wielu miesiącach udało. Tyle że poszczególne partie koalicji wyprodukowały po drodze tyle projektów, że spór stracił na czytelności. Konia z rzędem temu, kto orzeknie, czyj to w istocie sukces.
Z kolei w sprawach, w których Polska 2050 próbowała być chociaż trochę populistyczna w kampanii, odpuściła swoje tematy już na starcie rządów. Hasło „akademik za złotówkę” stało się jednym z symboli niedotrzymanych obietnic zwycięskiego obozu. Mogę się domyślać, skąd to hasło partii Hołowni. Jego współpracownicy chcieli pokazać, że bardziej od skierowanej do wszystkich opiekuńczości państwa cenią sobie wsparcie dla edukacyjnych aspiracji młodego pokolenia. Intencja może i zbożna, tyle że dziś jest to tylko przedmiot drwin. Notabene warto spytać, czy w zamian za to Polska 2050 próbowała zrobić dla studentów cokolwiek na mniejszą skalę. Tym bardziej że koszta akademików, a więc edukacji wyższej, stale rosną.
Tych, którzy uważali Polskę 2050 za formacje centrową, coś pomiędzy prawicą a liberalną i socjalną lewicą, informuję, że jeśli Hołownia w jakimś stopniu przebija swoich koalicjantów, to swoją poprawnościową nadgorliwością. Marszałek Sejmu jako jedyny z koalicjantów domaga się od czasu do czasu szybkiego akcesu Polski do strefy euro. Obsadzone przez jego partię Ministerstwo Klimatu jest głównym ośrodkiem skrajnie nierealistycznego ekologicznego dogmatyzmu. Jego skutki odbijały się ostatnio Polsce czkawką, kiedy powódź pustoszyła tereny Dolnego Śląska niechronione przez zbiorniki retencyjne, potępiane przez ekologów. Kiedy Tusk z PSL-em wymyślali przepisy umożliwiające ludziom w mundurach skuteczną obronę granicy (i siebie na granicy), to właśnie partia Hołowni kręciła na to nosem.
Czy jest na taką nadgorliwość duży elektorat? Problem w tym, że zarazem Hołownia, czasem licytujący się z lewicą, z reguły i tak w kluczowych momentach ulega Tuskowi. Tak było w kwestii ochrony granicy: pomarudzili, ale byli „za”. Nie sprawdziły się także nadzieje na odegranie przez Polskę 2050 roli nowoczesnej chadecji. Dzisiejszy Hołownia, dawny katolicki dziennikarz, jest w stosunku do Kościoła nawet nadprogramowo agresywny. To PSL szuka w tematyce cywilizacyjnej jakichś rozwiązań pośrednich, choćby w kwestii uregulowania związków partnerskich. Marszałek pilnuje, aby jego klub, złożony w lwiej części z postaci anonimowych dla obserwatorów polityki, był w takich kwestiach jednolicie progresywny.
Tyle że po tej progresywnej stronie tłok robi się aż nadmierny. Po co kolejna partia złożona z klonów ludzi Tuska? I po co sam Hołownia, którego Polacy muszą odbierać jako kopię Rafała Trzaskowskiego? To już lepiej wybrać oryginał. Skądinąd w tych kwestiach partnerzy z Trzeciej Drogi: PSL i Polska 2050 znajdują się często na przeciwnych biegunach. Ciekawe, jak ludowcy uzasadnią swoje zaangażowanie na rzecz Hołowni w kampanii prezydenckiej.
Kiedy budował swoją partię, dawny prezenter TVN-u podkreślał, że chce tworzyć ruch społeczny, co zresztą jest powracającym refrenem wielu nowych postaci w polityce. Obiecywał walkę z upartyjnianiem państwa, z zawłaszczaniem instytucji i kierował to przeciw PiS-owi. Ale jakby nie zauważył, że teraz adresatem takich emocji powinna być nowa koalicja. Co w związku z tym zrobił dla większej transparentności procedur, dla bardziej merytorycznych kadr?
Podobno forsuje projekt, który ma zapewnić odpartyjnienie spółek Skarbu Państwa. I w telewizyjnej rozmowie narzekał, że nie jest w stanie przełamać oporu koalicjantów. A przecież jako marszałek ma chyba wpływ na obieg legislacyjny. O tym sporze wspomina tylko czasem, zdawkowo, przy okazji nieczytelnego konfliktu w Ministerstwie Aktywów Państwowych, zakończonego dymisją wiceministra z Polski 2050. A mógłby tym potrząsać jako swoją specjalnością. Tylko że tego nie potrafi. I nikt mu nie podpowiada, jak to zrobić. A na kampanię prezydencką byłby to chociaż jeden może nie sztandar, ale proporczyk. Oczywiście nie byłoby to łatwe, skoro ludzie Polski 2050 też wzięli udział, choć na mniejszą skalę, w desancie na posady w spółkach publicznych.
Czytaj więcej
Leszek Miller stworzył z luźnego bloku jedną partię, rządzoną twardą ręką, scentralizowaną. Trzymał wszystkich krótko i osłabiał konkurentów. To on...
Bojownik przeciw podziałom
Wyjątkowo kuriozalnie prezentuje się Hołownia jako rzekomo stojący z boku krytyk partyjnej polaryzacji. W rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Polsacie opowiadał, że pod jego marszałkowskim patronatem koalicja i opozycja współpracują harmonijnie. Jest kompletnie odwrotnie.
Podczas rozprawy z posłami PiS Mariuszem Kamińskim i Maciejem Wąsikiem to Hołownia dawał twarz polityce najtwardszych represji. To on wybierał, która izba Sądu Najwyższego ma prawo orzekać o tym, czy ci dwaj politycy są, czy też nie są posłami. Co ciekawe, Wąsik doczekał się tylko jednego werdyktu: Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, pozytywnego dla siebie. Mimo to straż marszałkowska nie wpuściła go do budynku Sejmu.
Marszałek patronował też procedurom komisji śledczych zajętych tropieniem pisowskich nadużyć. Koalicyjna większość każdej z nich, także z udziałem posłów Polski 2050, nagminnie łamała zasady kodeksu śledztw parlamentarnych, jakie spisał Trybunał Konstytucyjny w roku 2006. Panująca w tych komisjach atmosfera nagonki i chamstwa musiała kojarzyć się z parlamentem.
Owszem, kilka razy Hołownia napomykał, że nowa koalicja powinna nie tylko rozliczać PiS, ale też prezentować własne osiągnięcia. Ale co zrobił, żeby tak się stało? Co najwyżej zmieniał zdanie w takich sprawach jak budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego – zawsze w ślad za premierem Tuskiem.
Stał się też jedną z twarzy wybierania sobie norm prawnych, jakie są w danej chwili wygodne rządzącym. To on obwieszczał, że już nie uznaje się orzeczeń obecnego Trybunału Konstytucyjnego. To on zdecydował, z oczywistym naruszeniem prawa, że parlament nie będzie kierował do (podobno ułomnego) TK kolejnych sędziów. W rozmowie z Rymanowskim opisywał z aprobatą blokowaną przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawę, która przewiduje usunięcie obecnego składu Trybunału, także w oczywisty sposób bezprawną. Mówił to tuż po tym, gdy przedstawił samego siebie jako stojącego ponad czy może raczej poza podziałami.
Tak w tym zasmakował, że na jednej z konferencji prasowych uraczył dziennikarzy wątpliwym żartem. Oto jeśli Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego okaże się nielegalna, wyniki wyborów prezydenckich mogą się okazać nieważne. Wtedy on jako marszałek Sejmu obejmie władzę. Ciekawe, czy to zapowiedź takiego zachowania, jeśli te wybory wygra Rafał Trzaskowski. On sam zapewne tego nie wie. Ale jest ta wypowiedź miarą traktowania państwa jako przestrzeni prawnej samowoli rządzących.
Pogrąża samego siebie
Hołownia miał może i prawo uważać, że działa zgodnie z uprzedzeniami i marzeniami elektoratu nowej koalicji, także Polski 2050. Nie rozumiał jednak, że podkręcanie antypisowskiej histerii działa na rzecz Tuska i Trzaskowskiego, a nie jego oraz jego ugrupowania. Nawet uprawiana przez pierwsze miesiące nowych rządów autoreklama, łącznie z zabawnymi filmikami z Sejmu, szła na konto całej koalicji. Choć i tak, jak się zdaje, po miodowym miesiącu coraz mniej bawi ona i ciekawi Polaków.
Ledwie kilka dni temu widzieliśmy marszałka ucieszonego decyzją Państwowej Komisji Wyborczej o odebraniu PiS-owi budżetowych funduszów. „Sami sobie są winni” –‒ orzekł. Podobno nawet Donald Tusk się zawahał, czy pozbawiać opozycję wszystkich pieniędzy. Ten typ refleksji najwyraźniej nie dociera do marszałka Sejmu. W każdym razie nie docierał jeszcze do wczoraj, bo teraz Hołownia chce nagle prowadzić ze wszystkimi dialog.
Nie budzi to po prawej stronie zaufania. Związek Solidarność odmówił Hołowni wynajęcia sali BHP w Stoczni Gdańskiej. Właśnie w tym symbolicznym miejscu w sierpniu 1980 r. Lech Wałęsa podpisywał porozumienie z komunistycznym rządem.
Swój start Szymon Hołownia ogłosi w końcu w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Tam zapowiadał już swoje kandydowanie na prezydenta w roku 2020. Czy jest w tej chwili bohaterem tragedii Szekspira czy raczej jego „Komedii omyłek”?
Prawda, że w ostatniej chwili Hołownia dokonał wolty i sprzeciwił się pozbawieniu Jarosława Kaczyńskiego (a przy okazji dwójki innych posłów PiS) immunitetu w związku z szamotaniną pod pomnikiem smoleńskim. Powołał się na ludzki odruch, bowiem prezes PiS zerwał napis obrażający jego brata, Lecha. Po raz pierwszy w sprawie „rozliczenia PiS” koalicja zachowała się niejednolicie i politycy prawicy swoje immunitety zachowali. Jeszcze przed głosowaniem Tusk zareagował groźnie brzmiącym tweetem, w którym narzekał, ze rozliczenia postępują zbyt wolno. Zagrywka Hołowni jest w oczywisty sposób dyktowana jego nową rolą, jaką usiłuje odgrywać w kampanii prezydenckiej – kogoś, kto próbuje zszywać podzieloną Polskę. Czy nie jest jednak na to za późno?
Zdawało się, że projekt pod nazwą „Hołownia” jest projektem poważnym. Zaangażowali się w niego tacy gracze, jak Michał Kobosko czy były koordynator służb specjalnych u Tuska Jacek Cichocki (dziś szef Kancelarii Sejmu). W tle byli ludzie biznesu. On spełnił, przyznajmy, swoją rolę. Gdyby nie głosy na startującą oddzielnie Trzecią Drogę, obecna koalicja by nie powstała, bo bez niej mogła nie mieć większości parlamentarnej. Wielu oponentów PiS wtedy nie zrozumiało tego. Szymon Hołownia, dotknięty do żywego publikacją „Newsweeka”, wspominał w studiu Polsatu, jak mocno atakowano go z pozycji liberalnych i lewicowych, kiedy odrzucił pomysł startu z jednej listy do wyborów jesienią 2023 r.
Prawda, miał wtedy rację. Ale potem nikt nie potrafił go nauczyć, jak przynajmniej markować niezależność i prowadzić skuteczną grę z tak doświadczonym liderem jak Donald Tusk. Dlatego wciąż pozostaje bardziej błyskotliwym celebrytą wrzuconym do polityki niż realnym sprawcą politycznych zdarzeń. Nadal nie rozumie tego, że wielu wyborców, antypisowskich, głosowało na niego dlatego, że nie utożsamiało go do końca z Tuskiem wraz z manipulacjami byłego i obecnego premiera. To miała być ta łagodna, apartyjna, wymykająca się polaryzacji alternatywa.
Dziś jest inaczej. Nie tylko z powodu być może absurdalnych, choć wartych zbadania oskarżeń związanych z Collegium Humanum. Dziś jest inaczej przede wszystkim dlatego, że marszałek Sejmu udaje kogoś, kim nie jest. Czy ma jeszcze czas i zdolności, aby ten spektakl przerwać?
W roku 2015 Nowoczesna startowała do wyborów nie tylko przeciw PiS-owi, ale także przeciw Platformie. Dziś pozostali po niej tylko ludzie w ramach obozu Tuska, wyjątkowo gorliwi w obsługiwaniu jego celów (Witold Zembaczyński, Katarzyna Lubnauer). Czy podobny scenariusz czeka Polskę 2050? Z jednej strony Tusk mógłby chcieć się pozbyć dodatkowego problemu choćby z formalnym uzgadnianiem jeśli nie programu, to stref politycznych wpływów. Z drugiej, dopóki są ludzie wierzący w niezależność Hołowni, może warto podtrzymywać fikcję jego odrębnego istnienia. Pytanie tylko, na ile sam Hołownia będzie w tym pomagał.