Ma 41 lat i nienawidzi, kiedy dziennikarze piszą: „Leonardo DiCaprio dojrzewa". Bo od wczesnej młodości ciężko pracuje i dokładnie wie, czego chce od życia. Dziś należy do najbardziej kasowych gwiazd Hollywoodu: w ciągu ostatnich czterech lat filmy, w których zagrał, zarobiły 1,2 mld dolarów.
A jednocześnie nie jest wypchaną przez marketing lalką, lecz piekielnie zdolnym aktorem. Choć wszędzie czyhają na niego paparazzi, stara się normalnie żyć. Nie kryje się za murami rezydencji i nie zatrudnia armii ochroniarzy. A swoją popularność wykorzystuje, by walczyć o szacunek dla środowiska naturalnego.
Leonardo DiCaprio ma bardzo wiele twarzy. I każda jest prawdziwa.
Hugh Glass
To jego ostatnie filmowe wcielenie. W „Zjawie" Leonardo DiCaprio jest traperem sprzed dwóch wieków, który walczy o przetrwanie w śniegach Dakoty Południowej. Z długą brodą, wyniszczony, jak ranne zwierzę czepia się życia. Bo chce pomścić śmierć syna.
Hugh Glass jest postacią autentyczną. Urodził się około 1780 roku w Pensylwanii. Niewiele o nim wiadomo, ale według legendy przez kilka lat przebywał wśród Indian, miał też żonę Indiankę. W 1823 roku Glass brał udział w wyprawie dowodzonej przez generała Williama Ashleya. W Dakocie Południowej polował na zwierzęta. W sierpniu w towarzystwie dwóch innych traperów – Johna Fitzgeralda i Jima Bridgera – zapuścił się w rozwidlenie rzeki Grand. Tam został zaatakowany przez niedźwiedzia, a potem zdradzony, obrabowany i pozostawiony na śmierć przez swoich kompanów. Ciężko ranny, ze złamaną nogą i zdartą z żeber skórą, pokonał samotnie setki mil w potwornym mrozie, wśród śniegów i lodu.
– Przeczytałem scenariusz, spotkałem się z Alejandro Gonzalezem Inarritu i zdecydowałem się wziąć udział w tej przygodzie, którą nazwałbym raczej rozdziałem mojego życia, a nie kolejnym filmem – powiedział w jednym z wywiadów Leonardo DiCaprio.
Coś w tym jest. Projekt „Zjawy" krążył na rynku przez kilka lat, ale żaden reżyser nie chciał się podjąć jego realizacji. Gdy Inarritu powiedział „tak", okazało się, że praca przy tym filmie stała się swoistą szkołą przetrwania.
– Kiedy obejrzycie „Zjawę", powiecie: wow! – uspokajał Inarritu dziennikarza „The Hollywood Reporter" latem 2015 roku.
Członkowie ekipy nie byli równie zachwyceni. – To było piekło – mówili.
Budżet „Zjawy" przekroczył zawrotną, nawet jak na Hollywood, sumę 135 mln dolarów. „Piekła" nie wytrzymało wielu ludzi, którzy zrezygnowali z pracy. Sporo zostało też zwolnionych. Dramaty, jakie rozegrały w czasie zdjęć, sprawiły, że Inarritu zakazał wstępu na plan Jimowi Skotchdopole'owi, producentowi, z którym współpracował przy oscarowym „Birdmanie".
Zdjęcia odbywały się w okolicach Calgary, ekipa codziennie wczesnym rankiem wyruszała wysoko w góry, na pustkowia, na które rzadko ktokolwiek się zapuszcza. Były dni, gdy temperatura spadała do minus 25 stopni. Kręcono wówczas sceny jesienne, aktorzy stawali przed kamerą bez rękawiczek i bez czapek na głowach.
– Na planie mieliśmy maszynę przypominającą wielką suszarkę do włosów, z której wychodziło podgrzane powietrze. Można było sobie ogrzać zmarznięte palce czy stopy – opowiadał DiCaprio.
A potem pogoda spłatała figla. Przyszła najcieplejsza zima od lat. W Calgary, gdzie w 1988 roku odbywała się olimpiada zimowa, nie było śniegu. Ekipa zrobiła kilkutygodniowy przestój, by w tym czasie zorganizować zdjęcia w południowej Argentynie, na krańcu świata, w pobliżu Antarktydy.
Inarritu i jego operator, wybitny artysta Emmanuel Lubezki, postanowili kręcić „Zjawę" chronologicznie i w naturalnym świetle. Codziennie było więc tylko półtorej do dwóch godzin zdjęć.
– Robiliśmy dziesiątki prób, bo w czasie zdjęć wszystko musiało chodzić jak w szwajcarskim zegarku – mówi DiCaprio.
A i tak, gdy kamera ruszała, wszystko się zmieniało. Reżyser wciąż szukał nowych rozwiązań.
– Na tym polega proces tworzenia – bronił się. – Trzeba rzeźbić, rzeźbić, rzeźbić...
W innym wywiadzie stwierdził: – Ja nie byłem na planie jedyną osobą stale dążącą do perfekcji. Obaj z Leo chorujemy na tę samą chorobę: wieczny brak satysfakcji.
Inarritu nie chciał korzystać z efektów komputerowych:
– Gdybyśmy siedzieli przy zielonym ekranie, zadowoleni, popijając kawę i żartując, być może wszyscy byliby szczęśliwi, ale film wyszedłby gówniany.
Leonardo DiCaprio ze śmiechem wspomina jego „upierdliwość".
– Stop! – krzyczał Alejandro, rejestrując scenę walki z niedźwiedziem. – Tam jest gruda ziemi, która źle wygląda. Albo: – Stop! Krople deszczu po prawej stronie nie układają się dobrze.
Ale to właśnie DiCaprio był jedną z nielicznych osób, które wytrzymywały wszystkie trudy bez buntu i narzekania.
– Miałem na sobie niedźwiedzią skórę, która zmoczona ważyła około 50 kilogramów. I każdego dnia walczyłem, żeby nie wpaść w hipotermię – opowiada tak, jakby mówił o grze wideo, a nie prawdziwym życiu.
Niemal nie korzystał w czasie zdjęć z dublerów. Sam grzebał się w śniegu, wchodził do lodowatej rzeki, stawał nago przed kamerą w dziesięciostopniowym mrozie, jadł wątrobę bizona, ukrywał się w zwłokach martwego zwierzęcia, które miało jego bohaterowi służyć za schronienie.
Aktor z właściwym dystansem do siebie opowiada, że podczas pracy nad „Zjawą" ekipa patrzyła na niego podejrzliwie.
– Moi przyjaciele twierdzą, że jestem ostatnią osobą, z którą można wybrać się na jakąkolwiek ekstremalną wyprawę – śmieje się. – Bo za mną chodzi niebezpieczeństwo. Kiedy nurkowałem w Afryce Południowej, do mojej klatki wdarł się wielki, biały rekin. Ledwo uszedłem z życiem. Podobno taki przypadek zdarzył się pierwszy raz w ciągu 30 lat. Innym razem, a było to tuż po tym fantastycznym lądowaniu na rzece Hudson, leciałem liniami Delta Airlines do Rosji i na moich oczach, tuż po starcie, zapaliło się skrzydło samolotu. Wielka turbina eksplodowała jak kometa. Pilot wyłączył silniki, po chwili włączył je z powrotem i na jednym awaryjnie wylądował na lotnisku JFK.
Ale zaraz zaznacza, że z klęskami pogodowymi w czasie kręcenia „Zjawy" nie ma nic wspólnego. – To ocieplenie klimatu – ucina krótko.
Twierdzi, że gra niemal bez słów była doświadczeniem fascynującym. – W tym filmie dowiedziałem się wiele o aktorstwie – mówi i zapewnia, że już zapomniał o wszelkich trudach.
– Ból jest chwilowy, film zostaje na zawsze – powtarza w wywiadach.
Syn
DiCaprio zawsze podkreśla, jak wiele zawdzięcza rodzinie. Już imię dostał po wielkim Leonardzie da Vinci, którego obrazami zachwyciła się matka w czasie podróży poślubnej do Europy. Ojciec George, syn imigrantów z Włoch, był dystrybutorem undergroundowych komiksów i przyjaźnił się z kontrkulturowymi artystami, m.in. z Timothym Learym, Charlesem Bukowskim, Allenem Ginsbergiem, Laurie Anderson, muzykami z grupy Blue Velvet.
– Nie musiałem się buntować czy okazywać oryginalności – wyznał potem Leonardo. – Zresztą cokolwiek najdziwaczniejszego bym wymyślił, ojciec już to wcześniej robił.
Hippisowska atmosfera pewnie średnio podobała się jego matce, która rozstała się z mężem, gdy Leo miał rok, i wyszła drugi raz za mąż za typowego przedstawiciela klasy średniej, urodziła drugiego syna i ustabilizowała się. Ale zawsze była wielką przyjaciółką Leo. Nawet po sukcesie „Titanica" DiCaprio wciąż jeszcze z nią mieszkał, a do dzisiaj rozmawia z nią przez telefon przynajmniej raz dziennie. Matka często towarzyszy mu też na rozmaitych oficjalnych imprezach. A że nie przestaje go wtedy fotografować, Leonardo nazywa ją „mamarazzi".
Jednak w sprawach zawodowych jego doradcą zawsze był ojciec. Znakomitym doradcą.
Leonardo rósł w mieście, w którym każdy prawie ma jakieś – bliższe lub dalsze – powiązania z przemysłem filmowym. Jego przyrodni brat występował w reklamie płatków śniadaniowych, on też jako dziewięciolatek z urodą cherubinka trafił przed kamerę. Reklamował samochodziki Matchbox, a niedługo potem grał już w telewizji, w serialach „Dzieciaki, kłopoty i my", „Lassie", „Santa Barbara", „Roseanne". Ale gdy zaczął dostawać poważne kinowe propozycje, George DiCaprio zawsze go namawiał, by nie szedł drogą, którą wybrałoby 95 procent chłopaków aspirujących do pozycji gwiazdy. Za jego radą Leonardo kilka razy odrzucił oferty ról w hollywoodzkich przebojach, by zamiast tego wybrać kino artystyczne.
To ojciec najbardziej się cieszył, gdy 16-letni Leonardo opuścił dające stabilizację soap opery, by zagrać u boku Roberta De Niro w „Chłopięcym świecie", i gdy trafił do filmu szwedzkiego reżysera Lasse Hallstroma „Co gryzie Gilberta Grape'a", gdzie wcielił się w autystyczne dziecko.
– Miałem 17 lat i zaproponowano mi jednocześnie role w dwóch filmach – wspominał Leonardo w wywiadzie dla „El Pais". – Moja rodzina nie była zamożna, a ja musiałem dokonać wyboru między tytułem popcornowym „Hocus Pocus", za który oferowano mi niewyobrażalne honorarium, a „Gilbertem Grape'em". Nastolatkowi strasznie trudno zrezygnować z fury pieniędzy, ale powiedziałem sobie: „Nie, muszę wyżej stawiać poprzeczkę". A ojciec murem stał za mną.
Potem George DiCaprio namówił go, żeby zagrał w „Całkowitym zaćmieniu".
– Wtedy też zbiegły mi się dwie oferty, druga była z „Batmana i Robina" – mówi Leonardo. – Nie miałem wtedy pojęcia, kim był Rimbaud. Ojciec przyniósł mi jego wiersze. To wystarczyło.
Te role doprowadziły go do „Romea i Julii" Baza Luhrmanna, do „Pokoju Marvina" Jerry'ego Zaksa, gdzie zagrał młodego kochanka, o którego walczą dwie kobiety. Występował tam u boku swoich wielkich idoli: De Niro, Meryl Streep, Diane Keaton. Był na swojej drodze. I do dzisiaj powtarza, jak wdzięczny jest ojcu. Bo który hollywoodzki rodzic, zamiast wpychać syna do hitów przynoszących miliony dolarów, przynosił mu wiersze Rimbauda?
Celebryta
„Titanic". To był ten pierwszy raz, gdy Leonardo DiCaprio zdecydował się wystąpić w wielkiej hollywoodzkiej produkcji.
– Prawdę powiedziawszy, nigdy też nie miałem ochoty zagrać w romansie... – wyznał szczerze dziennikarzowi „Paris Match".
Ale zagrał. I w jednej chwili, stojąc na dziobie tonącego statku, z aktora filmów niszowych zmienił się w supergwiazdora. Jego honorarium podskoczyło z 2 mln do 20 mln dolarów. Stał się bożyszczem nastolatek na całym świecie. Dogoniła go sława. Czy na tej sławie tak bardzo mu zależało?
– Przez „Titanica" nie zagrałem w „Boogie Nights" Paula Thomasa Andersona – powiedział w jednym z wywiadów, chyba z autentycznym żalem.
Po superprodukcji Jamesa Camerona zamieszanie wokół jego osoby przytłoczyło go. Najbardziej się przeraził, gdy zaczęli za nim krzyczeć „Leo!" Indianie z Puszczy Amazońskiej. Postanowił zrobić sobie dwuletnią przerwę. Żeby nie zwariować. Próbował normalnie żyć. Jak dawniej mieszkał z matką, wyskakiwał z kolegami na pizzę albo jechał do Disneylandu. W dżinsach i wyciągniętym T-shircie jeździł na deskorolce, chodził do dyskotek albo na plaży wcinał hamburgery, popijając lemoniadą.
Potem znów odmówił ról w „Spidermanie" i „Gwiezdnych wojnach", by spotkać się na planie „Niebiańskiej plaży" z Dannym Boyle'em czy w „Celebrity" z Woodym Allenem.
Ale machina już ruszyła. Paparazzi nie dawali DiCaprio spokoju. A on raz chudł, raz tył, ale zawsze otoczony był pięknymi kobietami. Miał słabość do top modelek. Paparazzi przyłapywali go na romansach z Kate Moss, Heleną Christensen, Evą Herzigovą, Naomi Campbell, z piękną Brazylijką Gizele Bundchen i z pochodzącą z Izraela Bar Rafaeli. Do dzisiaj dziennikarze zastawiają na niego pułapki jak na łowną zwierzynę. Przed kilkoma tygodniami magazyn „People" doniósł, że aktor rozstał się z modelką Kelly Rohrbach, z którą ponoć był już nawet zaręczony.
Leo nauczył się w ciągu tych lat chodzić po czerwonych dywanach. Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy w Cannes, wbiegał do Pałacu Festiwalowego niemal kłusem, nie reagując na okrzyki fotografów. Dzisiaj potrafi się zatrzymać, pomachać, uśmiechnąć do obiektywów i złożyć autografy w notesikach kilku histerycznie krzyczących nastolatek. A na co dzień stosuje tę samą taktykę co po „Titanicu".
– Nie można się przyzwyczaić do tego, że jest się rozpoznawalnym na całym świecie – mówił niedawno. – Ale już rozumiem, że jest to częścią mojego życia. Ceną za uprawianie zawodu z powodzeniem. Jestem w stanie to przetrwać, bo staram się nie ograniczać. Jeśli chcę coś zrobić, robię to. Jeśli chcę dokądś pójść, idę. Dzięki temu zachowuję pozory normalności.
Postać z filmów Scorsesego
DiCaprio jest ewenementem. To wielki gwiazdor i jednocześnie wielki aktor. Artysta z najwyższej półki, który występuje w filmach artystów z najwyższej półki. Przede wszystkim stał się ulubieńcem Martina Scorsesego, zajmując w pewnym momencie miejsce swego idola De Niro. Od 2002 roku zrobili razem pięć filmów.
– Wychowałem się na jego obrazach – przyznaje DiCaprio. – Pamiętam, jak niewiarygodne wrażenie zrobił na mnie „Taksówkarz". Powiedziałem sobie wtedy bezczelnie: „W takich filmach będę kiedyś grał". Kiedy usłyszałem, że Scorsese przygotowuje „Gangi Nowego Jorku" z dużą męską obsadą, zadzwoniłem do mojego agenta i powiedziałem mu, że zrobię wszystko, żeby się w tej produkcji znaleźć.
Potem były: „Aviator", „Infiltracja", „Wyspa tajemnic", „Wilk z Wall Street". Leonardo z filmu na film coraz bardziej zadziwiał precyzją swoich kreacji. Genialnie wyważył akcenty, kreując w „Aviatorze" złożoną postać Howarda Hughesa – multimilionera, lotnika wizjonera, a jednocześnie hollywoodzkiego producenta nękanego fobią walki z zarazkami. Świetny duet stworzył z Mattem Damonem w „Infiltracji", gdzie zagrali policjanta i gangstera – wtyczki pracujące po dwóch stronach barykady. Obaj wyraziści, uwikłani w sytuację, która ich przerasta, zaplątani we własne kłamstwa. W „Wyspie tajemnic" był człowiekiem opętanym przez demony przeszłości. W tym filmie fikcja mieszała się z rzeczywistością, prawdziwe było tylko cierpienie chorego umysłu głównego bohatera.
Pamiętam konferencję prasową w Cannes, gdy Scorsese i DiCaprio razem promowali ten film.
– Czuję się szczęściarzem, że mogę u Marty'ego grać – mówił aktor. – Przy nim człowiek uczy się filmowego rzemiosła, pracy nad rolą, sposobów poruszania się przed kamerą. Przede wszystkim jednak Martin zaraża wszystkich nieprawdopodobną miłością do kina.
– Leo na moich oczach stawał się coraz bardziej fascynującym aktorem i świetnym człowiekiem – odwdzięczał mu się reżyser. – Miło jest obserwować rozwój takiego talentu.
Potem był jeszcze brawurowo zagrany tytułowy wilk z Wall Street. A wkrótce mają zacząć się zdjęcia do ich szóstego wspólnego dzieła. W „The Devil in the White City" DiCaprio wcieli się w XIX-wiecznego seryjnego mordercę.
Po aktora Martina Scorsesego wyciągnęli ręce również inni potentaci amerykańskiego kina. U Stevena Spielberga w „Złap mnie, jeśli potrafisz" DiCaprio zagrał chłopaka, który blefując, robi karierę jako lekarz, adwokat, pilot. W „Celebrity" Woody'ego Allena stworzył niedużą rolę rozwydrzonego gwiazdora. W „Krwawym diamencie" Edwarda Zwicka, mówiąc z południowoafrykańskim akcentem, wcielił się w handlarza diamentami, który współfinansuje wojnę. W „Drodze do szczęścia" Sama Mendesa znów spotkał się ze swoją partnerką z „Titanica" Kate Winslet. Stworzyli duet kompletnie inny niż u Camerona. Nieczęsto zdarza się zobaczyć na ekranie parę, która tak potrafi się wcielić w ludzi przegranych. Drobne drgnięcia mięśni ich twarzy, pustka w oczach, przylepiony uśmiech, za którym skrywa się życiowa klęska... – to robiło wrażenie. Był też nowym Gatsbym z filmu Luhrmanna. Brawurową kreację, pełną dystansu i ironii, stworzył w „Django" Quentina Tarantino. A teraz do swoich wielkich reżyserów DiCaprio dorzucił jeszcze Alejandro Gonzalesa Inarritu.
Ekolog
– Gram stale fikcyjnych bohaterów, którzy rozwiązują fikcyjne problemy – mówi Leonardo DiCaprio. – I myślę, że opowieści o zmianach klimatycznych ludzie traktują jak jedną z takich opowieści. A to nie jest fikcja.
Ekologią i środowiskiem naturalnym interesował się od dziecka.
– Niedaleko mojego domu w LA było Muzeum Historii Naturalnej – opowiada. – Filmy, które tam oglądałem, robiły na mnie duże wrażenie. Gdybym nie został aktorem, byłbym ekobiologiem.
W czasie dwuletniej przerwy w robocie, jaką zafundował sobie po „Titanicu", postanowił się oddać ekologii. Spotkał się nawet w Białym Domu z Alem Gore'em, przyczyniając się do ustanowienia Dnia Ziemi. A wreszcie założył fundację, która w ciągu blisko 20 lat działalności wsparła ponad 70 projektów ochrony środowiska w 40 krajach. Przekazała ponad 15 mln dolarów na ratowanie ginących gatunków zwierząt – rekinów w Kalifornii, tygrysów w Azji, słoni w Afryce. Przede wszystkim jednak DiCaprio prowadzi od lat kampanię, przestrzegając polityków przed zmianami klimatycznymi, które mogą doprowadzić do katastrofy, jeśli ludzkość nie zacznie inaczej pozyskiwać energii.
DiCaprio, który mieszka w Nowym Jorku w ekologicznym domu i jeździ hybrydowym BMW, w wolnych chwilach podróżuje po całym świecie, realizując dokumentalny film o problemach ekologicznych i wygłaszając odczyty na temat ochrony naturalnego środowiska.
– Rok 2015 był najcieplejszy w historii świata – mówi. – Zbyt długo pozwalamy wielkiemu przemysłowi na samowolę. Doprowadziliśmy do katastrofy. Spokojnie patrzymy na susze, fale gorąca, pożary. Na masową skalę zakwaszany jest ocean. Na Grenlandii widziałem rzeki, które płynęły jak w Wielkim Kanionie. Co robimy, żeby temu zapobiec? Rozmawiałem z Naomi Klein, autorką książki „This Changes Everything", o relacjach kapitalizmu i środowiska. Ona jest pewna, że nie chodzi już o kupowanie hybrydowych samochodów czy recykling. Potrzebne są działania na masową skalę. Natychmiast.
Aktor dołączył do ruchu namawiającego inwestorów do wycofywania się z eksploatacji naturalnych kopalin i szukania innych źródeł energii. Wspiera takie działania finansowo. Do zbierania funduszy wykorzystuje swoje nazwisko. Niedawno podczas specjalnej, ogromnie snobistycznej gali w Saint-Tropez zebrał ponad 40 mln dolarów. Wystawił na aukcję własny rolex i dzieła Warhola i Bansky'ego ze swojej kolekcji, dom na swojej wyspie w Belize (sprzedany za 11 mln dolarów). Za 1,6 mln dolarów poszła ekspedycja z księciem Monako na Arktykę, za 3 mln dwa prywatne koncerty Eltona Johna. Za 1,1 mln sprzedano dar Harveya Weinsteina – zaproszenia przez cały rok na najważniejsze filmowe wydarzenia – od gali Oscarów zaczynając, przez festiwal w Cannes, na obiedzie dla korespondentów w Białym Domu kończąc.
Oblicze oscarowe?
Ale dla świata pozostanie przede wszystkim aktorem. Fantastycznym. Bo choć nie skończył studiów aktorskich, ma nieprawdopodobny instynkt i ekranową inteligencję. Może być dzieckiem i starcem, romantycznym kochankiem i brutalnym, bezmyślnym facetem raniącym wszystkich wokół, ofiarą i katem. Potrafi wzruszyć, przestraszyć, rozśmieszyć, rozwścieczyć. Zachwyca w każdej roli. A przecież nigdy nie dostał Oscara. Członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej nominowali go do tej statuetki za role pięciokrotnie. Przeżył w swojej oscarowej historii upokorzenie, gdy „Titanic" zebrał nominacje niemal we wszystkich kategoriach, tylko nie za rolę męską. Nie pojawił się wtedy na gali, w przeddzień wysłał Jamesowi Cameronowi wiadomość: „Sorry, bracie, to nie dla mnie", co reżyser skwitował krótkim stwierdzeniem: „Zepsuty dzieciak". Ale „król świata" wyraźnie wówczas zapomniał, że artyści są ludźmi wrażliwymi.
Teraz DiCaprio jest silniejszy. Gdzieś nawet powiedział, że przećwiczył już dobrze doświadczenie „oscarowego przegranego", więc się niespecjalnie stresuje. Ale może właśnie tym razem po słowach „And the winner is..." usłyszy swoje nazwisko...
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95