Reklama

Dobre czasy przyszły, gdy zaczęły się psuć Maluchy

Wciągnęli go znajomi, głównie kolejarze, bo oni mieli darmowe bilety. Jeździli razem, opłacało się. Do Budapesztu woził ubrania robocze, krem Nivea. Przywoził bluzki damskie, sweterki – grubsze i cieńsze. No i spirytus. Tak, spirytus z Węgier.
Na zdjęciu: polski bazar w Budapeszcie, niedaleko dworca kolejowego Keleti, 1989 r. Tam właśnie boha

Na zdjęciu: polski bazar w Budapeszcie, niedaleko dworca kolejowego Keleti, 1989 r. Tam właśnie bohater publikowanego fragmentu, pan Witold, sprzedawał przywiezione z Polski produkty. Polacy nazywali to „polskim targiem”, Węgrzy odwzajemniali się określeniem „lengyel piac”. Co prawda oznaczało to mniej więcej to co „ruski bazar” w Polsce lat dziewięćdziesiątych, ale może jednak brzmiało nieco sympatyczniej

Foto: Urbán Tamás/Fortepan Creative Commons CC-BY-SA-3.0

Początek polskiego kapitalizmu nie wszędzie wyglądał tak samo. W wielkich miastach miał w sobie coś z przyspieszenia i improwizacji, z nagłego otwarcia świata i wyobraźni. Na prowincji zmiana była bardziej stonowana. Rozłożona w czasie, wpisana w rytm pracy, gospodarstwa i codziennych obowiązków. Tam transformacja rzadziej przybierała formę spektakularnego skoku – częściej była serią drobnych decyzji, które z czasem układały się w nowy porządek.

Pozostało jeszcze 97% artykułu

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama