Pierwszy raz zobaczyłam Andrzeja Ziemilskiego jakieś 60 lat temu. Siedział na śniegu przy trasie naszego slalomu i owijał buty cienkimi rzemieniami o zdumiewającej długości, umocowanymi do nart. Te wiązania nazywały się langrimeny i już były niemodne, bo wymyślano nowe, metalowe, szczękające, które wypinały się przy upadku. Dopiero wstąpiłam do klubu dziennikarzy narciarzy o skromnej nazwie Kaczka, współzakładanego przez Andrzeja po odwilży 1956 r., byłam pod wrażeniem jego sławy narciarskiej i dziwiłam się tym wiązaniom.