Posłanka Lewicy szybko musiała obudować tę histeryczną wypowiedź licznymi zastrzeżeniami, gdy okazało się, że uzupełnienie systemu informacji medycznej adnotacją o ciąży pacjentki nie jest wymysłem PiS, tylko zaleceniem unijnym, i nie Zbigniew Ziobro nad nim pracował, tylko Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz. A z faktu, że dodano przy okazji zapisy o grupie krwi i alergiach, można wnioskować, że intencją jest możliwość błyskawicznego znalezienia kluczowych dla życia i zdrowia pacjentki informacji, gdyby na przykład trafiła do szpitala nieprzytomna i trzeba było szybko decydować o wyborze procedury albo leku dla niej najbezpieczniejszego. Przy założeniu – nie rozumiem, dlaczego trudnym do przyjęcia dla Lewicy – że pacjentka będąca w ciąży chciałaby, aby lekarz ratujący jej życie zrobił to najmniejszym kosztem jej nienarodzonego dziecka.

Czytaj więcej

Kataryna: Hejterki na salony

Dlatego gdyby Ziobro chciał wiedzieć, to już od dawna by wiedział, bo w systemie odnotowywane są przeprowadzone procedury i zapisane leki. I jakoś nie słychać, żeby kiedykolwiek prokurator zajął się kobietą, która według papierów była w ciąży, ale przestała być i nie zakończyło się to porodem. Dzieje się tak z prostego powodu – kobieta i tak nie podlega karze, więc nawet gdyby Ziobro chciał się zająć setkami „znikniętych” ciąż, to byłaby to strata jego czasu. A przy okazji także tych resztek punktów w sondażach, które mu zostały. Bo nie znalazłby się NIKT, kto by bronił prokuratorskich pytań w stylu: „a gdzie pani ciąża?”. I mimo obowiązującego od 30 lat zakazu aborcji oraz dostępu do danych o ciążach w naszej dokumentacji medycznej takich postępowań nie było.

Dlatego gdyby Ziobro chciał wiedzieć, to już od dawna by wiedział, bo w systemie odnotowywane są przeprowadzone procedury i zapisane leki. I jakoś nie słychać, żeby kiedykolwiek prokurator zajął się kobietą, która według papierów była w ciąży, ale przestała być i nie zakończyło się to porodem. 

Desperacka i głupia walka pani Maciejewskiej oraz jej koleżanek o wykreślenie z rejestru informacji kluczowych z punktu widzenia lekarza może mieć tylko jeden skutek – wmówienie pacjentkom, że ich lekarz to potencjalny donosiciel i trzeba się dobrze zastanowić, co mu się powie. Szefowa FEDERY (Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny), choć uspokaja, że żadnego tropienia ciąż nie będzie, komentuje to w sposób, który powinni oprotestować przede wszystkim sami lekarze. „Świadomość, że prowadzenie takiego rejestru nie może prowadzić do »poszukiwania zaginionej ciąży« ani żadnych konsekwencji prawnych wobec kobiety, może być ochroną, gdyby w gabinecie ginekologicznym padło nagle niewygodne pytanie”. Ochroną. Przed niewygodnymi pytaniami lekarza. Czy tworzenie wrażenia, że kobieta nie powinna ufać własnemu lekarzowi, to na pewno coś, czego kobiety potrzebują, gdy powinny zgłosić się np. z powikłaniami po domowej aborcji? Ile z nich się nie zgłosi, bo dało się nastraszyć swoim etatowym obrońcom i obrończyniom? Więcej myśleć, mniej histeryzować.

Czytaj więcej

Kataryna: Dociekliwy jak Ordo Iuris