14 października 1964 roku Martin Luther King Jr, amerykański pastor i polityk, obrońca praw ciemnoskórych w USA, otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Przypominamy tekst Piotra Gillerta

King jest bohaterem Ameryki. Jego podobiznę drukuje się na znaczkach, uczą się o nim dzieci we wszystkich amerykańskich szkołach, jego imię przywołują politycy wszelkich maści. Przywódca ruchu na rzecz równouprawnienia czarnych jest wymieniany jednym tchem z białymi tytanami amerykańskiej historii.

Ale ta rocznica jego śmierci jest niezwykła z innego powodu: zbiegła się z dyskusją o rasie, jakiej w Ameryce dawno nie było. Peany na jego cześć mieszają się z echami medialnej wrzawy wokół Baracka Obamy i jego wieloletniego pastora Jeremiaha Wrighta.

Poszło o dawne wypowiedzi kaznodziei przypomniane teraz przez stacje telewizyjne i blogosferę. Słowa Wrighta wydały się wielu Amerykanom szokujące.

Na przykład: „Boże, przeklnij Amerykę za mordowanie niewinnych ludzi, Boże, przeklnij Amerykę na tak długo, jako długo wydaje się jej, że to ona jest Bogiem”.

Albo: „Zbombardowaliśmy Hiroszimę, zbombardowaliśmy Nagasaki, zabiliśmy znacznie więcej ludzi, niż zginęło w Nowym Jorku i Pentagonie, i nawet nie drgnęła nam powieka. Rzeczy, które robiliśmy za granicą, wracają teraz do naszego ogródka. Przemoc rodzi przemoc, nienawiść rodzi nienawiść, terroryzm rodzi terroryzm”.

Lub: „Ten kraj powstał na rasizmie i dalej opiera się na rasizmie”.Kaznodzieję zaczęto określać mianem czarnego radykała. Komentatorzy medialni zaczęli się domagać od Obamy, by wytłumaczył się ze swej 20-letniej przynależności do kościoła Wrighta. Presja była tak wielka, że Obama, który dotąd unikał tematu rasy, by nie zostać zaszufladkowany jako „czarny kandydat”, czyli „kandydat czarnych”, postanowił wygłosić w Filadelfii wielkie przemówienie w tej sprawie.

Jak napisał tygodnik „Time”, biała Ameryka była zaszokowana słowami Wrighta, bo obcy jest jej język czarnego kościoła. Tam jednak, gdzie biali słyszeli antypatriotyczny język nienawiści, tam czarni słyszeli oparte na zwyczajowej w tej tradycji hiperboli słowa słusznego gniewu.Jak wyjaśnił mi profesor Michael Dawson z Uniwersytetu Chicagowskiego, w czarnej społeczności Wright mieści się pod względem poglądów w samym centrum, nie jest żadnym radykałem. Takie słowa słyszy się co niedzielę w czarnych kościołach całej Ameryki.

W czasach niewolnictwa, a potem segregacji, Kościół był jedną z niewielu, jeśli nie jedyną instytucją, w których czarni mogli się czuć swobodnie, w której czuli się niezależni. To Kościół pod przywództwem charyzmatycznego pastora znajdował się w centrum ich życia społecznego. To pastor w chwilach kryzysu stawał się zwykle w sposób naturalny przywódcą społeczności. Z tej tradycji charyzmatycznych kaznodziejów wywodzą się i Martin Luther King, i jego polityczny spadkobierca Jesse Jackson, i pastor Jeremiah Wright.

Z tej tradycji bierze się mesjanistyczne widzenie świata i upodobanie do starotestamentowej obrazowości. W nią wpisane jest też swoiste widzenie roli Ameryki w świecie.

– Staram się o prezydenturę z powodu tego, co Martin Luther King nazywał „gwałtowną potrzebą chwili teraźniejszej” – powtarza często Barack Obama. Mało kto wie, że ta „gwałtowna potrzeba” – „the fierce urgency of now” – pochodzi z mowy „Poza Wietnam: czas przerwać milczenie”, którą King wygłosił parę miesięcy przed śmiercią.

– To my odgrywamy w tej wojnie rolę kryminalistów. Popełniliśmy więcej zbrodni wojennych od niemal wszystkich innych krajów świata. Ale Bóg ma sposoby stawiania narodów z powrotem na należne im miejsce – mówił wtedy King. Według niego Bóg mówi Ameryce: „Jeśli nie cofniesz się ze swej okrutnej drogi, powstanę i złamię kręgosłup twej potęgi”.

Jak mówi profesor Michael Eric Dyson, autor opublikowanej przed paroma dniami książki „4 kwietnia 1968”, gdybyśmy mieli YouTube w czasach doktora Kinga, on także zostałby prawdopodobnie oskarżony o radykalizm, szczególnie w ostatnich latach życia.

Michael Dawson jest podobnego zdania: – Ta część spuścizny Kinga jest w świadomości większości społeczeństwa praktycznie nieobecna. Mało kto pamięta, że King był wtedy bardzo krytyczny wobec tego, co uważał za amerykański imperializm. Większość Amerykanów nie chce o tym wiedzieć, są zaszokowani, gdy o tym usłyszą.

Wiele słów Kinga brzmi łudząco podobnie do niedawnych wypowiedzi Wrighta. King porównywał na przykład losy amerykańskich Murzynów do Japończyków zamkniętych w obozach internowania podczas wojny czy Indian zamkniętych w rezerwatach. Mówił o „morderczych kuzynach” materializmu, militaryzmu i rasizmu, nazywając je „trojaczkami tragedii” i „potomkami chciwości”. W rozumieniu Kinga te trzy sprawy ściśle się ze sobą wiązały, wynikały z siebie.

Jak mówi Dyson, dla Kinga wojna wietnamska była uosobieniem współzależności „morderczych kuzynów”. Była możliwa dzięki grabieży zasobów w kraju (czyli pieniędzy podatnika), napędzał ją imperialistyczny pęd do kolejnych podbojów i rasistowski impuls, który kazał traktować Wietnamczyków jak ludzi gorszej kategorii.

W odczuciu murzyńskiej opinii publicznej wojna w Iraku niewiele się pod tym względem od Wietnamu różni.

My, naród, w celu stworzenia doskonalszego związku (...)”. Tymi słowami zaczyna się amerykańska konstytucja i tymi słowami rozpoczął w Filadelfii, miejscu jej podpisania, swe przemówienie Obama.

Co ciekawe, do narodzin Ameryki powraca też – zapytana o spuściznę Kinga i przemówienie Obamy – sekretarz stanu Condoleezza Rice w swym poruszającym wywiadzie dla „Washington Times”. Rice mówi o „wadzie wrodzonej Ameryki”, wadzie, która – z czego wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy – „wciąż ma wpływ na to, kim jesteśmy dzisiaj”.

– Amerykę zakładali wspólnie Europejczycy i Afrykańczycy. Europejczycy przyjechali tu z wyboru, Afrykańczycy w kajdanach – przypomina Rice i mówi o amerykańskim paradoksie. Państwo, którego fundamentem była wyrażona w konstytucji wiara w równość wszystkich ludzi, było zarazem oparte na niewolniczej pracy milionów podludzi. Społeczeństwo, które zawarło w swej deklaracji niepodległości „prawo do dążenia za szczęściem” jako jedno z podstawowych praw człowieka, odmawiało go jednocześnie kolejnym pokoleniom czarnych niewolników.

– Nad moim biurkiem wisi portret Thomasa Jeffersona. Czasem zastanawiam się, co by sobie pomyślał, gdyby zobaczył na tym stanowisku mnie, czarną kobietę – mówi Rice.

Paradoks ten jest wciąż żywy. Jak podkreśla Rice, potomkowie niewolników mieli dużo gorszy start, czego skutki wciąż są widoczne. A jednocześnie wielu czarnych potrafiło się wspiąć na wyżyny, o jakich jeszcze za czasów doktora Kinga nie mogli nawet marzyć. Z jednej strony Ameryka odbiera wielu szansę równego startu, z drugiej – niesie wszystkim obietnicę lepszego jutra.

– Bardzo widoczna i liczna klasa czarnych, którym się dobrze powodzi, przesłania ogromne rzesze biedoty, niemal niewidoczne dla obserwatorów z zewnątrz – zauważa Dawson.

I dodaje jeszcze jedno: dziś już mało kto w Ameryce pamięta, że doktor King był przede wszystkim działaczem społecznym, że walczył z biedą. Że była ona dla niego jednym z wielu przejawów jednego problemu. Że z własnej woli zamieszkał w czarnym getcie, tzw. wewnętrznym mieście. Dziś centra wielu amerykańskich miast wciąż przypominają afrykańskie slumsy. Wystarczy przejechać milę na wschód za budynek Kapitolu, by się znaleźć w Mogadiszu. To wszyscy w Ameryce wiedzą, ale ocena przyczyn zależy od tego, kogo o nią spytamy. Dla czarnych to efekt pokoleń niewolnictwa i segregacji. A także niewidocznej dyskryminacji, którą wciąż wielu z nich odczuwa. I która może przyjmować wiele różnych postaci: od odrzucenia czyjegoś podania o pracę z powodu „murzyńsko brzmiącego” imienia po pogardliwe żarty z czyichś kręconych włosów.

Jak wynika z badań Uniwersytetu Chicagowskiego, tego samego, na którym wykładał Obama, dwie trzecie białych uważa, że czarni już osiągnęli lub wkrótce osiągną pełne równouprawnienie z białymi. Tymczasem prawie 80 procent czarnych jest przekonanych, że tego celu nie uda się w Ameryce osiągnąć za ich życia lub nawet nigdy.

– Biali i czarni nie rozmawiają ze sobą o rasie i polityce. Żyjemy obok siebie, pracujemy razem, ale o tych sprawach niemal nigdy nie rozmawiamy – twierdzi profesor Dawson.

Według Michaela Dawsona znaczenie Obamy polega na próbie przekształcenia dyskursu o rasie: uznaniu bolesnej przeszłości i wytyczeniu drogi ku innej przyszłości. Jako czarny polityk wychowany w białej społeczności ma ku temu wyjątkowe predyspozycje.

– Zamiast się oburzać lub wymazywać ze świadomości to, co mówił w ostatnich latach życia Martin Luther King, Amerykanie powinni się zastanowić, dlaczego to mówił. Może wtedy łatwiej nam będzie położyć kres rasowym podziałom – uważa profesor Dawson.

Złości nie da się unicestwić, udając, że ona nie istnieje. Jak powiedział Obama w swojej mowie, ta złość może nie zostać wyrażona publicznie, przed białymi przyjaciółmi czy współpracownikami. Ale to nie znaczy, że jej nie ma. I od czasu do czasu znajduje ujście „w rozmowach przy kuchennym stole” i w coniedzielnych spotkaniach w kościele. I w kazaniach Jeremiah Wrighta.

Według Obamy jednak błąd Wrighta polegał na tym, że traktował on społeczeństwo jak statyczny twór. Że nie dopuszczał możliwości zmiany. Zdaniem Obamy zmiana jest możliwa, choć nie będzie łatwa, bo wymaga wysiłku obu stron, stanięcia twarzą w twarz ze źródłami gniewu. Czarnych namawia, by nie odrzucając historii, zerwali z mentalnością wiecznej ofiary.

– W białej społeczności droga do doskonalszego związku wiedzie poprzez uznanie, że to, co dręczy społeczność afroamerykańską, nie istnieje wyłącznie w umysłach czarnych, że spuścizna dyskryminacji jest prawdziwa i wymaga działania – mówi.

Dla większości białych Amerykanów King był wielki jako działacz na rzecz praw obywatelskich. Z tego punktu widzenia odniósł oszałamiający sukces: za życia jednego pokolenia w Ameryce zniesiono wszelkie prawne przejawy dyskryminacji rasowej. Dla białych Amerykanów na tym kończy się opowieść o misji Kinga – nie postrzegają go tak jak czarni w szerszym kontekście walki z biedą, niesprawiedliwością, materializmem.

W ich widzeniu świata sprawiedliwość polega na „wyróżnianiu pola gry”, daniu wszystkim równych szans. Pole zostało w ich mniemaniu wyrównane, dziś Murzyni sami ponoszą odpowiedzialność za swoją sytuację. To właśnie po cichu mówiło mi wielu białych na terenach dotkniętych skutkami Katriny: odpowiedzialność za Trzeci Świat nowoorleańskiego śródmieścia, jaki obnażyły kamery telewizji po przejściu Katriny, spoczywa na czarnych.

Jak zauważył Obama w swym przemówieniu, większość białych Amerykanów – imigranci i potomkowie imigrantów – nie ma poczucia, że cokolwiek komukolwiek zawdzięcza. Wręcz przeciwnie, cały ich etos oparty jest na dochodzeniu do wszystkiego własnymi siłami. Gdy więc w ramach „wyrównywania krzywd, których nie oni się dopuścili”, każe im się dowozić dzieci do czarnych szkół na drugim końcu miasta czy ustępować czarnym w konkurencji o dobrze płatną pracę lub miejsce w college’u, „z czasem narasta w nich niechęć”.

Najsłynniejsze zdanie, jakie wypowiedział King, jest dziecinnie proste: „I have a dream”. Marzeniem Kinga była Ameryka wolna od rasowych podziałów i uprzedzeń. Do tego marzenia odwołuje się teraz Obama, który zakończył swą marcową mowę opowieścią o spotkaniu z ochotnikami ze swej kampanii w Karolinie Południowej. Spotkanie, w którym brali udział głównie czarni, prowadziła biała dziewczyna imieniem Ashley. Wyjaśniła zebranym, iż włączyła się w kampanię, bo walcząc o zdrowie swej chorej na raka matki, zdała sobie sprawę, ilu ludziom w całej Ameryce potrzebna jest pomoc. Po niej wiele jeszcze osób mówiło o swej motywacji, a na końcu odezwał się milczący dotąd czarny staruszek. – A ja jestem tu ze względu na Ashley – wyjaśnił wedle opowieści Obamy.

– Samo w sobie to nie wystarcza. Nie wystarcza, by dać opiekę zdrowotną chorym, pracę bezrobotnym czy wykształcenie dzieciom – powiedział na koniec Obama. – Ale od tego zaczynamy. Od tego nasz związek staje się silniejszy. I tak jak w ciągu 221 lat, które minęły od chwili, gdy grupa patriotów podpisała ten dokument w Filadelfii, przekonało się wiele pokoleń: od tego zaczyna się udoskonalanie.