Partia jak żywy organizm ma do końca wypełnić rzeczywistość publiczną. Bo tylko ludzie partii budzą zaufanie, bo tylko oni są dostatecznie karni i oddani. Bo tylko na nich można liczyć. A poza tym to właśnie ich czas. Wcześniej te same miejsca zajmowali ludzie poprzedniej ekipy. Dziś czas na nową elitę. Niech i oni się najedzą.
Tak myśli prezes, ale zarazem doskonale wie, że w tym świecie nie ma doskonałości. Mimo że jest twórcą i solą swojej partii, nie jest ani w stanie wyselekcjonować ludzi wyłącznie ideowych, ani zmienić ludzkiej natury. Do polityki wszak pchają się (jak zawsze się pchali) różnej maści karierowicze i kombinatorzy. Początkowo udają ideowców, ale potem wychodzi na wierzch ich prawdziwa motywacja. Problem dotyka, niestety, także niektórych z najbardziej zaufanych. To jest właśnie ta cholerna ludzka natura z jej nierozpoznawaniem granic przesady i wszelkich innych granic. Dlatego trzeba osobiście pilnować standardów, patrzeć na ręce, odzwyczajać od myślenia o władzy jako o sposobności łupienia poddanych. Niekiedy domagać się zwrotu słusznie przyznanych nagród. Albo zmuszać do systemowych samoograniczeń poprzez dobrowolne zrzekanie się wynagrodzeń, przywilejów czy apanaży.