Jesteś chyba jedynym muzykiem, w którego biografii w Wikipedii jest dział „Poglądy".



Kazik Staszewski:

I co tam piszą?



Niech sprawdzę: „Deklaruje przywiązanie do tradycyjnych wartości, z których najważniejszą jest rodzina".



Ale czy to, że najważniejsza jest dla mnie rodzina, to są jakieś poglądy? Nie dajmy się zwariować!



„Od wielu lat jest poglądowo bliski UPR." Wybacz tę kaleką polszczyznę, ale to cytat.



To bym jednak zaliczył do przeszłości, bo się rozczarowałem rozmową z Januszem Korwin-Mikkem. Namawiał mnie swego czasu do kandydowania do Sejmu, bodaj z Rzeszowa z pierwszego miejsca i mówił: „Pan oczywiście zrezygnuje i następny wejdzie." Trochę ich idealizowałem... (śmiech) Poza tym to partia bez znaczenia.



Powiedz coś miłego, bo kochający UPR studenci się zapłaczą.



Żywię do nich stary sentyment.



Faktem jest, iż należysz do najbardziej rozpolitykowanych muzyków.



Przychodzą dziennikarze i o czymkolwiek byśmy gadali, to w końcu zawsze schodzi na politykę.



Akurat! „100 milionów", „Łysy jedzie do Moskwy", „Lewy czerwcowy", że wymienię trzy z brzegu, też ci dziennikarze napisali?



Zgoda, to czysto polityczne piosenki, ale po prostu zabierałem głos w ważnych sprawach.



Więc nie jesteś Ireną Santor śpiewającą o plaży w Juracie. Nie dziw się, że ludzie pytają cię o politykę.



Ostatnimi czasy staram się polityką programowo mniej interesować, bo to prowadzi do jakiegoś rozszczepienia mojej jaźni. Kompletnie nie mogę znaleźć punktu odniesienia, który ustalałby moje poglądy polityczne.



Czasy takie przyszły, że nie poglądy się liczą, ale Smoleńsk, to czy jesteś za PiS czy Platformą.



I dlatego jestem mocno rozedrgany i rozdarty. Znajduję rację i po jednej, i po drugiej stronie sporu, ale też odczuwam niechęć i do jednych, i do drugich. Zaśpiewałbym za Tomkiem Lipińskim „Nie wierzę politykom."



Ale właśnie Lipiński uwierzył politykom i poparł PO.



A ja im nadal nie wierzę. Owszem, w 2007 roku głosowałem na Platformę, choć chyba nie mówiłem o tym publicznie, ale szybko mnie rozczarowali i później już nie głosowałem. Wyleczyli mnie z tego powtarzającego się schematu: oni obiecują, ja daję się nabrać, po wyborach wszystko wraca do normy.

Przecież jesteś socjologiem, powinieneś wiedzieć, jak to działa!

No i sobie przypomniałem.

A propos, Piotra Glińskiego znasz?

Szukałem go w pamięci, ale nie kojarzyłem go z Instytutu Socjologii. Mnie podstaw nauk politycznych uczył Jerzy Wiatr, historii myśli społecznej Paweł Śpiewak, u Ireneusza Krzemińskiego miałem małe struktury. Załapałem się na wielki autorytet – Stefana Nowaka, a na seminaria Jadwigi Staniszkis ani Krystyny Kersten nie sposób się było dopchać, bo wszyscy chcieli do nich chodzić.

Opowiadasz o tym z pasją, ale magistrem nie zostałeś.

Z powodów wojskowych – chciałem uniknąć armii, a skutecznym sposobem na jej uniknięcie było lawirowanie i przedłużanie studiów, by nie załapać się na studium wojskowe. Mogłem oczywiście zadeklarować, że nie pójdę do wojska, ale wsadziliby mnie do więzienia, a na to brakowało mi odwagi.

Kiedy zebrałem się w sobie i w 1991 roku dzielnie odmówiłem służby wojskowej, było już za późno na robienie z siebie męczennika. Pan pułkownik mi powiedział: „Panie Staszewski, teraz wojsko z narodem! Niech mnie pan tu przyniesie szybko podanie o odpracowanie wojska. Ja nie mam etatu, więc odłożę to o rok". Ostatecznie nauczyłem się objawów wstrząsu mózgu, ale nie dostałem odroczenia neurologicznego, o które zabiegałem, a kategorię E od psychiatry.

Co ci dolega?

Cerebrastenia pourazowa, ale nie sprawdziłem co to jest. A dodatkowy paragraf – płaskostopie. I całą szopkę neurologiczną diabli wzięli!

Do wojska iść nie chciałeś, ale bardzo interesujesz się II wojną światową.

Wychowałem się bez ojca i najbliższym mi mężczyzną w rodzinie był wuj. Po obiadach u nich kładliśmy się na kanapie, a on zamiast bajek pokazywał mi niemiecki album o III Rzeszy, który robił na mnie ogromne wrażenie. On się kończył wielką fotografią ławy oskarżonych w Norymberdze, która zapadła mi w pamięć. Mam nawet jakiś swój rysunek z trzeciej, czwartej klasy podstawówki, na którym są oskarżeni w Norymberdze! Od tego się zaczęło.

To był koszmar, ale – zgoda – dla czytelnika fascynujący.

Hitler popełnił masę błędów, nie tylko militarnych zresztą, ale i politycznych, jak choćby sposób traktowania ludności podbitej, jednak to wszystko było do wygrania. Oj tak, mógł to wygrać...

Wzdycha z żalem Kazik Staszewski.

(śmiech) Wtedy starły się dwa najbardziej nieludzkie imperia świata, dopiero potem pojawiło się trzecie, kto wie czy nie gorsze – Mao Tse Tunga. I co, miałbym kibicować jednym czy drugim? Patrzę na to chłodnym, analitycznym okiem.

To możliwe?

Gryzie mnie, że nie ma równego traktownia nazizmu i komunizmu. Chodzą, k...a, półgłówki z sierpem i młotem na koszulkach, widzę reklamy z Leninem, a wyobraź sobie koszulki ze swastyką! Mój kolega miał utrzymaną w konwencji czarnego humoru koszulkę jak z rockowego zespołu z napisem „Hitler European Tour 1939 – 1945" ze „spisem koncertów" z tyłu z datami, a na końcu było Stalingrad i Kursk z napisem „odwołane". Ludzie pluli na jego widok!

No tak, na Lenina nie plują...

Noszą jak świętość Che Guevarę, który był charakterologicznie kimś w rodzaju Reinharda Heydricha czy Ławrientija Berii!

No nie, Beria nie był tak jednoznaczną postacią...

Ale po śmierci Stalina. Wcześniej był mordercą jak oni wszyscy. Gdyby Heydrich przeżył zamach w Pradze i Hitlera, to kto wie jak potoczyłyby się jego losy. W końcu był najmłodszy... O tym opowiada pierwsza powieść z nurtu historii alternatywnej, którą czytałem, czyli „Człowiek z Wysokiego Zamku". W „Vaterlandzie" taką osobą był Odilo Globocnik.

Zostawmy historię. Z kolegami z Kultu gadasz o polityce?

Rzadko, wszyscy znamy swoje poglądy, nikt nikogo nie przekona. Część się nie interesuje polityką w ogóle, Janusz Grudziński ma jasne poglądy...

Zajmował się muzyką do filmu „Mgła".

...A nasz puzonista Jarek Ważny ma inne.

Pracował nawet w biurze prasowym Platformy.

Ale to nie jest temat jakichś rozmów, sporów na próbach czy w trasach.

Wróćmy do działu „Poglądy" w Wikipedii: „Deklaruje się jako niewierzący".

Owszem, niewierzący, ale proszący tego nieistniejącego Boga o wiarę, bo to bardzo wiele ułatwia. Spotkało mnie w życiu kilka dramatów i muszę się z nimi borykać sam. A wiara daje poczucie bezpieczeństwa, pozwala znaleźć sens w tym, że ktoś bardzo ci bliski cierpi, że poważnie zachorował. Ja nie widzę w tym żadnej logiki, sensu, a Bóg daje odpowiedź „dlaczego". Bez niego jest tylko czysta fizyczność i chemia.

Myślisz, że jakikolwiek Bóg wytłumaczy ci, dlaczego dzieci trafiały do komór gazowych, a bliscy cierpią? Są rzeczy, z którymi trzeba zmierzyć się samemu i żadna wiara przed tym nie uchroni.

Ale bardzo silna wiara zakłada, że pociecha może cię czekać choćby po śmierci. Jeśli to negujesz, to masz czystą biologię: rodzisz się, cierpisz, umierasz i nic po tobie nie zostaje.

I po Kazimierzu Staszewskim nic nie zostanie?

Wszystko wskazuje na to, że tak będzie. Mówię to ze smutkiem, bo bardzo chciałbym się mylić. Chciałbym uwierzyć na nowo, ale wiedza mi nie pozwala. Wiem, że innym pozwala...

„Fides et ratio", encyklika papieska się kłania...

A skąd ja to mogę wiedzieć? (śmiech) W każdym razie jestem niewierzącym, ale z ogromną potrzebą wiary.

Czytam dalej: „W młodości przez 6 lat był związany ze świadkami Jehowy".

Nigdy nie byłem świadkiem Jehowy. Byłem wychowany i ochrzczony w Kościele katolickim, mam maturę z religii. Prawdą jest, że przez kilka lat razem ze świadkami Jehowy studiowałem Pismo Święte. Chodziłem też po domach, ale raczej jako pomocnik. Nie zagajałem rozmów.

Gdybyś teraz chodził, to by się dopiero ludzie zdziwili!

Podobno Prince jest świadkiem Jehowy i chodzi po domach z ochroniarzami. W latach 80., gdy ja chodziłem, ludzie mnie nie rozpoznawali. Ale na chrzest w rycie świadków Jehowy się nie zdecydowałem.

Dlaczego?

Zaczęły się sugestie, żebyśmy zrezygnowali z muzyki. Dwóch kolegów mimo to przyjęło chrzest, ale ja się zbuntowałem. Skoro Bóg dał mi taki talent i umiłowanie, to trzeba z tego skorzystać. Tymczasem oni uważali, że trzeba oddać Jehowie to, co się ma najcenniejszego. Gdyby to był nasz zawód, moglibyśmy przy tym zostać, ale skoro to tylko hobby – a w połowie lat 80. tak było – to trzeba się tego wyrzec, bo czasu wolnego nie poświęca sie na przyjemności, tylko na głoszenie Słowa Bożego. To takie amerykańskie – źródeł zarobkowania się nie wyzbędziesz...

A propos zarobkowania. Nigdy nie wziąłeś udziału w reklamie.

Raz wziąłem.

Naprawdę? I co reklamowałeś?

Bank stanu Parana w Brazylii, w 1989 roku. Pojechaliśmy tam na sześć tygodni, a zorganizowane to było w stylu południowoamerykańskim, czyli sześć koncertów i mnóstwo wolnego czasu. I jedna z sióstr Zuccherelli, które nas zaprosiły, powiedziała, że jest reklamówka do zrobienia, można zarobić po 50 dolarów.

Co trzeba było zrobić?

Chodziłem ze świadkami Jehowy po domach, ale na ich chrzest się nie zdecydowałem. Dwóch kolegów go przyjęło, a ja się zbuntowałem.

Pierwszego dnia udawaliśmy muzyków rockowych, do podkładu, bo grał kto inny, a drugiego na planie pojawiło się pięćdziesięciu Charlie Chaplinów, w tym my.

I tak zarobiłeś 50 dolarów.

To w Brazylii było wtedy całkiem sporo. A w Polsce wszystko się zmieniło, bo wyjeżdżaliśmy tam 8 grudnia 1989 roku, a wróciliśmy w styczniu 1990 roku, po rewolucji cenowej Balcerowicza. Tam zresztą też było ciekawie, bo inflacja wynosiła wówczas 50 procent tygodniowo, więc polska inflacja po powrocie do domu nie robiła już na mnie takiego wrażenia.

W Zimbabwe miałem inny kurs dolara rano, a inny po południu.

A my tam szukaliśmy papierosów w cenach sprzed dwóch tygodni, bo były za półdarmo.

Wracając do reklamy – w polskich nie występujesz.

Teraz już nawet nie dostaję propozycji, bo wiedzą że odmawiam.

Grasz koncerty niebiletowane, prawda?

Gram.

I to są koncerty sponsorowane, z banerami. A właśnie o banery rozgorzał konflikt z człowiekiem, który robił ci stronę reklamową.

Występujemy na koncertach sponsorowanych przez miasto czy jakiś browar, ale zawsze gramy swój program, bez żadnego ukłonu wobec kogokolwiek. Jesteśmy głusi na sugestie, co i jak mielibyśmy zagrać. Baner sobie wisi zupełnie niezależnie od nas.

Ale wtedy zabroniłeś fanowi robić strony internetowej, groziłeś procesem...

Kosztowało mnie to kupę nerwów i bardzo głupio wyszło. To nie był anonimowy fan, tylko znajomy, który od lat był proszony, by nie umieszczał reklam na stronie. On tłumaczył, że to konieczne, bo dzięki temu ma pieniądze na serwer.

To logiczne.

Powiedzieliśmy, że możemy mu sami opłacać serwer, ale to pozostawało bez odpowiedzi. W końcu zaczęła się ruchawka, wymiana maili, doszło do konfliktu, my wysłaliśmy zbyt stanowczy list, a przecież można to było załatwić na wiele sposobów. Ubolewam nad tym, bo nawet ja korzystałem z tej strony i gdy chciałem sobie wydrukować teksty swoich piosenek, to brałem je stamtąd... (śmiech)

To się nałożyło na inną internetową awanturę, z cytatem z twojej piosenki. To już był kompletny nonsens.

Dziennikarz zatytułował swój blog ekonomiczny: „Konsument mówi, że je, aby jeść" i mnie to nie obeszło, ale potem zostałem nakręcony przez syna i znajomego prawnika, że skoro Agora zarabia na tych blogach, to powinna się tym podzielić. Ja byłem za granicą, a prawnik zaczął pisać pisma i wybuchła afera. Wtedy zorientowałem się w całej niestosowności tej reakcji i kazałem odpuścić, ale mleko się rozlało...

Zostawmy to. Podobno na dniach nowa płyta?

Mam nadzieję, że w maju.

Miała być krótka.

Obawiam się, że nie będzie. Zrobiliśmy szesnaście numerów i żal wyrzucać. Ciągle je dopracowujemy, ale wciąż nie mam do nich dystansu.

Rozumiem, mam nie pytać, co tam na płycie.

No wiesz, my tam prochu nie wymyślimy. To nasze znane, kultowe granie.

Nie martw się, Rolling Stones też wciąż grają to samo.

(śmiech) Nie chciałem iść aż tak daleko z porównaniami, ale to prawda, że Stonesi nie zagrają ni stąd ni zowąd płyty funkowej czy industrialnej.

A ty masz muzyczne ADHD i zagrasz wszystko, tylko nie z Kultem.

Bo to pewna muzyczna stała, Kult ma swój styl i inaczej nie zagra, a ja przeżywałem różne fascynacje, choćby rapem czy hip hopem. W Kulcie by to nie przeszło, im to się nie podoba, a ja spróbowałem połączyć to z ciężkim, rockowym graniem i wyszedł Kazik Na Żywo.

Ale jest jeszcze Kazik, El Dupa, Buldog, płyty z Mazollem i Bóg wie co jeszcze... Nie boisz się, że będziesz jak Dwurnik: „Dobry malarz, ale trochę za dużo maluje"?

Żadne pomysły – poza Kultem – nigdy nie wychodziły ode mnie. Przychodzi do mnie wielu ludzi i do czegoś namawia. Wiele z tych pomysłów odrzucam, ale jak mi się coś spodobało, to w to wchodziłem i żal mi z tego rezygnować. A potem okazuje się, że coś zatrybiło i zaczęło żyć własnym życiem.

Drugie życie na boku?

Ja to tak traktowałem, ale czasem muzycy, dla których to podstawowy skład, naciskają. Tak było z KNŻ, który po reaktywacji miał być produktem luksusowym, ładnie opakowanym, niedostępnym w każdym sklepie spożywczym, czyli bez darmowych koncertów, jak najlepiej i jak najrzadziej. No ale muzycy mieli inne spojrzenie i inne potrzeby.

Będą nowe pomysły?

Teraz częściej niż kiedyś odmawiam, bo po prostu nie mam czasu, nie mam siły. Poprzeczkę wciąż zawieszam sobie wysoko, a siły już nie te, więc odrzucam nowe propozycje.

Kazimierzu, a ty w ogóle znasz nuty?

Nuty to przeżytek, jak mówili chłopaki z „Dezertera". Uznajmy, że nuty są dla mniej zdolnych, którzy nie potrafią zapamiętać.

A jak ty sobie radzisz?

Mówię chłopakom jak i co mają grać. Czasem mam kłopot z werbalizacją, więc stoję nad kimś do skutku, aż zagra to, co mi w głowie dźwięczy.

Grasz na saksofonie.

Tylko że nieprawidłowo.

Dmuchasz nie w tę stronę?

W dobrą, ale niewłaściwie. Od złego nauczyciela się nauczyłem i tak już poszło. To wyszło, kiedy próbowałem grać na saksofonie barytonowym i już się nie dało.

Znany jesteś także jako burżuj z Kanarów.

Kiedyś namówiono mnie, bym tam pojechał, bo bilet lotniczy nie zrujnuje mnie, a będzie miło. Dwa razy na Gran Canarii, dwa razy na Teneryfie i wreszcie mój kuzyn, który tam mieszka, remontuje i wynajmuje domy dla turystów, namówił nas byśmy sobie kupili mieszkanie. Na początku mieliśmy to wynajmować, kiedy nas nie ma, ale skończyło się na tym, że stało się to naszym drugim mieszkaniem. Nie możemy tam siedzieć non stop od listopada do marca, ale kiedy tylko żona-nauczycielka ma wolne, to tam jedziemy.

Mieszczanie...

No tak, kiedyś dużo podróżowaliśmy, a teraz tylko Teneryfa.

Politycy się rozwodzą, dziennikarze, aktorzy też, a muzycy rockowi nie. To ten słynny rockowy tryb życia?

Ślub wziąłem bardzo szybko, w wieku 21 lat, bo Ania była w ciąży, myśmy znali się wcześniej dłużej, ale byliśmy ze sobą króciutko, raptem od lutego do września i okazało się, że trzeba się żenić. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej! Po półtora roku pojawił się drugi syn i to się świetnie złożyło, bo było już gniazdo, wobec którego miałem obowiązki, ludzie, którym jestem potrzebny i którzy mi są potrzebni. To mnie trzyma przy życiu. Nie będę ukrywał, że mam tendencje menelizacyjne i gdybym nie miał oparcia w nich, to pewnie bym się stoczył.

Tendencje menelizacyjne – piękne określenie. Nadużywasz?

Mam takie pokusy, walczę z nimi cały czas. I to wystarczy jak na potrzeby szerokiego audytorium, o reszcie mogę sobie z tobą pogadać prywatnie.

Będziesz Mickiem Jaggerem, facetem grającym do końca?

Nie widzę się w innej roli. Ciągle zdarzają się koncerty, na których pojawia się taka energia i atmosfera, że kreujesz jakąś nową jakość. Nie ma piękniejszych chwil! A jeszcze do tego można się z tego utrzymać... Czego więcej chcieć?

Kazik Staszewski jest liderem zespołu Kult. Studiował socjologię, brał udział w strajkach studenckich w 1981 roku.  Laureat wielu nagród (Paszport Polityki, Fryderyki, Nagroda MTV), których zwykle nie odbierał.