Byłam w Żurawlowie. Na początku mnie wyrzucili, bo nie mogli uwierzyć, że nikt mnie nie przysłał. Za chwilę przeprosili, że nerwy poniosły, bo oni różnych tu widzą dziennikarzy i urzędników, którzy okazują się pracownikami firmy Chevron. Niegdysiejsza prezenterka „Wiadomości" TVP jest dziś ich rzeczniczką prasową. Inna pani przeszła do amerykańskiego koncernu prosto z biura Wojewody. – Będziemy się razem uczyć – powiedziała miejscowym rozbrajająco. Chyba Kamasutry – dogryza któryś, kiedy na wyprzódki opowiadają mi wydarzenia ostatnich tygodni.

Jak indiański wódz

Już prawie miesiąc mija, jak rozbili wielki wojskowy namiot w szczerym polu i rozwiesili transparenty. Wioska między Zamościem a Hrubieszowem, pod ukraińską granicą, tak mała, że na mapie Polski jej nie zaznaczają, ale pojawiła się już w prasie francuskiej. Do ramienia wielkiego dźwigu na ciągniku przymocowano flagę polską i web-kamerę, żeby cały świat mógł widzieć na bieżąco, co się dzieje. Na oko nie dzieje się nic, ale pod ołowianym niebem powietrze ciężkie jest, bo wiadomo, że któregoś dnia zagrzmi. Na tej samej skarpie nad szosą, oddzielony ledwie polną dróżką, siedzi przeciwnik. Mówi się o nich „Szewron", choć to garstka chłopów z innej wsi, tyle że w czarnych mundurach ochroniarzy. U nich też nerwowo, udają służbowy spokój, ale też na wszelki wypadek wypraszają mnie za ścieżkę. Dają do zrozumienia, że na Zamojszczyźnie się pracy nie wybiera.

– 5,40 za godzinę dostają od Szewronu, 45 zł dniówki – mówią  z pogardą okupujący. „Ciekawe, ile wam płacą?" – usłyszał od dawnego kolegi ze szkoły sołtys z Hołużnego. Oj, gdyby nie to, że jest swachem... – zżyma się. – Niektórzy to pewnie myślą „niechby i ten gaz był, to by samochód tanio zatankował..." Że niby stacje benzynowe tu postawią  za darmo – śmieje się.

Mieczysław Jabłoński jeździł za chlebem do Szwajcarii. Miesięcznie wyciągał 6 tys. zł. Szwajcarska gmina płaciła mu nawet zasiłek rodzinny, na dzieci, zostawione w Polsce. – Szwajcar mnie szanuje, bo ja tu mam 25 hektarów, a on ma mniej – opowiada, zaciągając. Szwajcar z rodziną jechał na wakacje, a ja dostawałem klucze do wszystkiego – dom, samochód, lodówka – miał do mnie pełne zaufanie. Szwajcarzy to górale, oszczędni i gospodarni.  Nauczyłem się tam  pracy, kultury, punktualności, obrony ziemi. Tam we wsi są trzy systemy kanalizacyjne – deszczówka jest zbierana i używana w gospodarstwie. To społeczeństwo chłopskie, rolnik tam jest gość.

Do jedzenia (bo kobiety roznoszą zupę w miseczkach) Mieczysław zdejmuje czapkę. – Po odpuście będziem rzepaki ciąć. Łąkę pomógł teść zebrać, pryskanie się skończyło, to na razie tu można dyżurować. Ale jak się żniwa zaczną, trzeba będzie siadać na ciągnik.

Tej nocy zostanie w namiocie. Będą spać na belach słomy, pod kocami, ale jeszcze siedzą, liczą się tylko, żeby nie było więcej niż 15 osób, bo to by już było niedozwolone zgromadzenie. Nad laptopem kaszle Basia Siewieńczuk, opatulona kocem, z gorączką. Ale to ona, na zmianę z mężem, wysyła wiadomości w świat i apele o pomoc. Prowadzi na Facebooku „Occupy Chevron" – kronikę wydarzeń w Żurawlowie w trzech językach (ktoś tłumaczy na miejscu albo w Krakowie). Na pulpicie ma wciąż otwarte linki na specjalistyczne strony: Ministerstwo Środowiska, pulsbiznesu, gazetaprawna, gazłupkowy.pl.  – To strona prołupkowa – trzeba znać wroga, nic nie przeoczę – chrypi.

– Siedzę tu jak wódz indiański Raoni, co płakał, jak się dowiedział, że ziemie jego plemienia będą zalane pod elektrownię – mamrocze naburmuszony Andrzej Bąk.

Parę lat temu kupili we wsi maleńki domek i już prawie przenieśli się tu z Zamościa, kiedy gruchnęła wieść o łupkach. On, inżynier, zaczął grzebać, czytać, pytać. Ona, grafik, zrobiła w swojej agencji porządne banery: „Żurawlów: nie chcemy do gazu".

– Prawo wodne mówi, że woda pitna nie może być użyta do celów przemysłowych. Skąd wezmą wodę do procesu szczelinowania? Mówią, że z Bogdanki. Będą wozić 200 km? Co potem z nią wypłynie na wierzch? Powiedzieli nam, że będą rozpuszczać skałę kwaskiem cytrynowym. Mają nas za idiotów! Nie ma funduszu na ewentualne odszkodowania. A jak znajdą gaz, to będą nas przesiedlać. Prawo pozwala na wywłaszczenie właścicieli gruntów, bo gaz został wpisany do katalogu celów publicznych i tego ludzie tu się boją najbardziej – Basia bierze się za obieranie truskawek, które ktoś przyniósł ze wsi, żeby coś robić, nie zasnąć. – Na początku człowiek nie mógł uwierzyć, że nas w takie gówno wpuszczają, a teraz...  Już tylko możemy stać, pilnować prawa, bo prawo jest po naszej stronie. Przecież gdyby wszystko było legalne, gdyby wszystkie zezwolenia mieli, to ile by było trzeba, żeby nas wyrzucić, płot postawić, otoczyć? Ale widać wciąż im czegoś brakuje... Monitoringowo wysyłaliśmy pytania do wójta, do starosty, do urzędu marszałkowskiego, czy Chevron ma tu koncesję.

Ktoś wyprowadza kasę

Nazajutrz przed namiotem pojawiają się nowi goście w koszulkach z napisem „obywatele kontrolują", a duża blondyna, wieszając transparent, tłumaczy do kamery:  Odpowiedź: Chervon ma koncesję do grudnia, ale tylko na badania 3D. Sejsmiczne, geologiczne i obszarowe, do których nie stawia się płotów. Jeździ stopa betonowa, która powoduje drgania sejsmiczne...

– Już jeździła – wtrąca wesoło rolnik w kapelutku, wyciągając butelkę z wodą ze swojej studni: szara, z czarną mazią na brzegach. – To po tym, jak „tuptuś" przeszedł koło mojego podwórka. Mówią, że szamba nie mam, to gnojówka wyszła.

– Na nic więcej Chevron nie ma pozwolenia, ani jednego odwiertu nie może tu zrobić. To o jaką inwestycję chodzi? I o wszystkim musi wiedzieć wójt, rada gminy, musi to być zatwierdzone miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego.

– Nie mają! – podpowiada ktoś inny. Basia pokazuje mi podanie Chevronu do wójta, napisane odręcznie, na kolanie.

– To nie Chevron jest waszym przeciwnikiem, ale wasz rząd – wyrzuca z siebie po angielsku zdenerwowany Holender, który przyjechał tu 15 lat temu za żoną. – Zapytajcie wasz rząd, co podpisał, jak wyglądają te koncesje. A może na bazie NAFTA? Rząd Meksyku i Kanady musiał koncernom zapłacić odszkodowanie za przerwane prace. Może tego się boi polski rząd?

– Centrum Zrównoważonego Rozwoju zrobiło analizę kosztów i korzyści, z której wynika, że dopłaci do tego budżet państwa, budżet gminy i każdy obywatel Polski – tłumaczy dalej kolega tamtej pani. Dostaję wizytówki: Teresa Adamska i Zbigniew Tynenski z CZR, Łódź. – Zakładając, że te giganty paliwowe będą dawać wpływy w formie podatków, to i tak wychodzi nam budżet ujemny. Ok. 40 proc. działalności w gminie przestanie funkcjonować.

– Bo kto tu przyjedzie? Kto kupi stąd zboże czy mleko? Przewidywana strata: 3,5 mln rocznie. Zyski dla gminy – 80 tysięcy rocznie zapłacą podatku. A mój brat płaci za swoje gospodarstwo 70 tysięcy – włącza się do rozmowy mężczyzna w polo. – Naszym warsztatem pracy jest gospodarstwo. A jakie miejsca pracy tu dadzą? Stróż, ochroniarz, może dadzą płot pomalować... Na razie wzięli ochroniarzy z sąsiedniej wsi, żeby sąsiadów skonfliktować.

– Kto odbuduje drogi? – dorzuca drugi z boku. Kamera skupia coraz więcej osób, przed wojskowym namiotem robi się prawdziwe studio dyskusyjne.

– Przecież gaz to skarb, wszyscy będziemy bogaci – rzucam pytanie, a ze wszystkich stron sypią się odpowiedzi. Czuję świetny materiał, dzwonię szybko z propozycją reportażu do jednej z niezależnych telewizji w Warszawie.

– Pożyteczni idioci – słyszę w słuchawce. Powtarzam na głos, zdumiona. – Niepożyteczny idiota – kwituje któryś z rozmówców i dyskusja toczy się dalej.

– Wie pani, czyj jest teraz ten gaz? Za ile został oddany koncesjonariuszowi? Za 4,90 za 1000 m sześciennych, a pani płaci w domu złotówkę za metr sześcienny. On płaci opłaty koncesyjne, a z gazem zrobi, co chce.

– To jest stukrotnie taniej, niż my bierzemy z Rosji. Pawlak podpisał i ten gaz mamy kupiony do 2037 roku, czy będziemy korzystali czy nie, musimy Rosjanom zapłacić. Gdzie tu jest logika? Będziemy tu wydobywać ten gaz i co z nim zrobimy? Sprzedamy Amerykanom?

– Ale to nie my będziemy wydobywać, tylko Amerykanie! – zauważam.

– No właśnie! A przyjdzie 37 rok, skończy się umowa z Rosją, to my już nie będziemy mieli ani rosyjskiego gazu, ani swojego, ani pieniędzy na następny.

– A co się stanie z odwiertem po 30 latach? Czy beton nie skruszeje? Tylko 14 procent wzruszonego w podłożu metanu wydobywa się razem z płynem powracającym, a reszta zostaje pod ziemią, gdzieś migruje. Ten gaz jest na głębokości ponad 3 km, tam jest ponad 200 stopni, więc będzie gorący. Dlaczego mamy wydobywać gorący gaz, jeżeli możemy zrobić rurę, wstawić tam wymiennik i produkować energię, czystą energię z tych zasobów wody geotermalnej? Po co nam wydobywanie gazu łupkowego? Polsce to jest niepotrzebne! – kwituje swój wywód pani Adamska.

– Kto z państwa wie, ile procent energii wytwarza się w Polsce z gazu? – rzuca jej kolega w koszulce „Obywatele kontrolują".

– 7 do 10 procent – odpowiada ten, co wcześniej pokazał, że zna się na cenach i imporcie.

– Ale z tego 70 proc. idzie na potrzeby chemii. Do mieszkańców idzie 2,5 proc. energii pochodzącej z gazu. Więc nie mówmy, że jesteśmy uzależnieni energetycznie od Gazpromu, a gaz łupkowy da nam bezpieczeństwo energetyczne, jak mówi rząd. To jest bzdura. To raz. Po drugie znaczną część koncesji wykupiły firmy zależne od Gazpromu...

– Amerykańskie firmy były cztery – włącza się inny, choć podobny, jak się okazało, brat tamtego wygadanego. Trzy wyszły z rynku i co zrobiły? Podpisały umowę z Gazpromem i dzisiaj wydobywają gaz na Alasce. Na amerykańskim terytorium. Czyli jest jawna współpraca amerykańskich firm z Gazpromem. Kto zapewni nam, że Chevron akurat z Gazpromem nie będzie współpracował?

46 osób dostało wezwanie na policję. Stawili się, jak jeden mąż odmówili składania zeznań

– Przykład transakcji: wychodzi z Polski Exxon Mobile i co robi? – podbija kobieta. Sprzedaje koncesję Orlenowi. Exxon wykonał kilka odwiertów – zainwestował w poszukiwania maksimum 200 milionów. Wie pani, za ile sprzedał Orlenowi koncesję? Orlen zapłacił 2,7 miliarda! Ile miliardów poszło z budżetu państwa?

– Ktoś wyprowadza kasę z Polski, nie ma innego wytłumaczenia – to jeden z braci. Skarb Państwa daje za milion złotych koncesję firmie zagranicznej, która coś robi albo i nie, a ta potem spółce Skarbu Państwa odsprzedaje tę koncesję za milion razy więcej.

– To wy to wszystko tu wiecie, a oni w Warszawie nie wiedzą? – dziwię się.

– Świetnie wiedzą, proszę wysłuchać mojego wystąpienia w Senacie – mówi Tynenski. – Próbowaliśmy mówić o tym w Sejmie, na ile się dało, jeździliśmy na komisje, próbowaliśmy przemówić do rozsądku, ale nie daje się. Jedyna nadzieja to w tych ludziach tutaj, że Polska usłyszy wreszcie.

– Jedna trzecia Polski została sprzedana obcym inwestorom – wydano ponad 100 koncesji.

– W styczniu 2012 były aresztowania w Ministerstwie Środowiska pod zarzutem korupcji przy wydawaniu koncesji. Sąd ich zwolnił, proces chyba trwa, ale skąd mamy wiedzieć, czy koncesja na naszą gminę jest prawidłowa?

– Chevron dał teraz grant UMCS-owi. Największa polska uczelnia na tym terenie będzie monitorować Chevron... za pieniądze Chevronu. I jaka to jest wiarygodność?

– Kuria biskupia w Lublinie dostała 700 tysięcy na zachęcanie ludzi z ambony do wydobywania gazu. Chryste Panie, gdzie my jesteśmy?!

– Stowarzyszenie pana Sonika, europosła, który jest absolutnym lobbystą  gazu w Europie, dostało na promocję gazu łupkowego z  Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska ponad 800 tysięcy zł.

– Mówi pani, że będziemy bogaci? Województwo łódzkie jest w 90 procentach pokryte koncesjami na gaz i ropę łupkową. Większość koncesji ma DPV Service, ale Niemcy teraz sprzedają Rosjanom, oni się w zakresie energetyki bardzo lubią, jak widać po rurze na dnie Bałtyku...

– Taa, Schroeder... – głos w tle.

– A część koncesji ma firma Strzelecki Energia. – Strzelecki dobrze brzmi, swojsko, ale to australijski koncern, który wydobywa gaz łupkowy w Australii pod Górą Strzeleckiego, stąd wzięli przyjazną nazwę na Polskę i zaczynają badania. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w Polsce, które ogłosiło program na  polskie innowacyjne technologie w rozpoznawaniu i wydobyciu gazu w Polsce, przyznało 2 mln 600 tys. zł firmie Orlen, która będzie rozpoznawała województwo łódzkie w 3D dla firmy Strzelecki. I my mamy być bogaci? Jeśli jeszcze z naszych dotacji na naukę daje się na zwykłą, starą, znaną od lat technologię, którą w małym palcu mają firmy jak Geofizyka Toruń, Kraków itd., daje się dotację zagranicznemu koncernowi...

– Jakie znaczenie ma narodowość w tym wszystkim, jak przychodzi do Polski taka firma, ma technologie, ma kasę? – pytam.

– Ma kasę? Jak bierze od Polski dwa i pół miliona? Dokłada 400 tysięcy jako udział własny... Proszę sprawdzić.

– Pytanie, co te firmy dają do naszej polskiej kasy? Dziś jest Chevron, jutro będzie Gazprom. Gazprom chce kupić Polskie Azoty. Puławy jeszcze się jakoś bronią.

– Od dziesiątków lat, w tym także w ostatnim dwudziestoleciu, manipulowano informacją geologiczną – gość z Łodzi robi cały wykład. Coroczne Bilanse Zasobów Kopalin (PIG) mówiły, że mamy jedynie 150 mld m sześc. gazu, na 10 lat eksploatacji. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej okazało się, że pod Kutnem zasób gazu przekazany w 2007 roku FX Energy to ok. 500 mld m sześc., a gaz przekazany firmie Chevron w 2009 r. (obie firmy z USA) to ok. 1000 mld m sześc. (1 bln). Złoża te były dawno rozpoznane poprzez kilka tysięcy wierceń w latach 60. i 70.  XX wieku i satelitarne w latach następnych, a informacje utajniono polskiemu społeczeństwu i przekazywano agenturze KGB. Ukrywanie tych zasobów było i jest na rękę tym, którzy mają biznes na sprowadzaniu gazu z Rosji. Przekazano obecnie w obce ręce 1,5 bln m sześc. gazu na 150 lat zapotrzebowania obecnego Polski za ok. 1 proc. wartości ze stratą ok. 2000 mld zł.

Jak się umie czytać

Jeden z braci ma najwyraźniej inną koncepcję.

– Tu nie chodzi o ten gaz, ale o  news. Jest rok 2007. Nadchodzi kryzys. Jedni widzą go naprawdę, reszta straszy. Amerykańskie firmy wydobywcze mają strach w oczach. Jak idzie kryzys, to wszystkie kopaliny się gorzej sprzedają. Akcje spadają. Co robią amerykańskie koncerny? Ogłaszają, że w Europie Środkowej, w republikach bananowych, jest gaz, złoża na 300 lat, a oni mają na to koncesje. Jak tylko znajdą, to koncesje na poszukiwania są przedłużane na koncesje wydobywcze. Każdy dziadziuś kupi dla wnuczka akcje, bo będzie miał na lekarstwa, a jego wnuki kasę jeszcze na 300 lat.

– Kiedy te akcje będą? – pytam. – Już były, przegapiła pani. Ten news był na przełomie 2007 na 2008. Nasz premier obiecywał nam emerytury na 300 lat, Norwegia! Co się okazało? Wydmuszka. Że nie na 300, a na 30. Ukradł nam ktoś gaz. Miał być  na głębokości 3 km, a teraz się mówi, że na 5 km jest. To jest tylko gra rynkowa. Firmy na amerykańskich giełdach przeszły, no, może nie suchą, ale suchszą nogą, a nasi... – Kim pan jest? – nie mogę powstrzymać ciekawości. – Ja jestem rolnikiem, 700 metrów stąd mam pole. – A z wykształcenia? – Rolnik. Technik rolnictwa. – To skąd pan wie to wszystko?

– Jak się umie czytać i pisać... W Internecie ma pani wszystko. Ja tydzień temu wróciłem ze Stanów, a wczoraj z Anglii, miałem wykład. Co wykładam? Poprawne gospodarowanie proekologiczne. Nie ekologiczne, tylko zdroworozsądkowe. A dwudziestego szóstego zapraszam na wykład na SGGW.

Nagle filmowiec odwraca się i biegnie z kamerą na szosę, bo podjeżdża policja:

– My do pana Gryna, poprosiłbym tutaj – i wręcza list jednemu z elokwentnych braci. – Pan wyłączy kamerę – macha do siwego kamerzysty.

– Ja mam prawo kręcić. To jest nasza broń.

– Czy policjanci teraz pełnią funkcję listonosza? – pyta rezolutnie pani z Łodzi. Służby porządkowe, które powinny stać w obronie interesu i bezpieczeństwa mieszkańców, stają po stronie inwestora. Tu łamane są prawa obywateli.

– O trzeciej w nocy przyjechałem, a tu już na mnie czeka wezwanie... Białoruś... A, że nie opuściłem terenu... – pan Gryn czyta papier od policjanta.

– A skąd policja wie, że ci panowie nie opuścili terenu? – pytam, bo już wiem, że ich wtedy nie było. – Z materiału filmowego – odpowiada pan władza.  A policja tu wtedy była? Filmowała? – Nie, to nakręcili ludzie z Chevronu – podpowiada kamerzysta. A pan jak się nazywa? – nagły zwrot do niego, bo nie przestaje kręcić. Kowalski. A ja coś zrobiłem? Bo jak chcecie mnie przesłuchiwać, to muszę się skontaktować z ambasadą – wyciąga telefon.  A nie, to ktoś podobny do pana. Odjeżdżają. Kowalski odbiera telefon: Yoko Ono dzwoniła, chce zdjęcia z Żurawlowa. Gryn: Wśród najlepszych przyjaciół psy zająca zjedzą... Mamy bardzo dużo wspierających, mamy wszystko, a ja tylko czekam, aż będzie pacyfikacja. Zejdźmy z szosy, bo jeszcze nam mandat wlepią.

46 osób dostało wezwanie na policję w charakterze oskarżonych o zakłócanie porządku w miejscu publicznym. Stawili się, jak jeden mąż odmówili zeznań. U gospodarzy pojawili się nagle kontrolerzy z fiskusa. Pod namiot wjechał sanepid, żeby sprawdzić warunki sanitarne wydawania posiłków. Zobaczył wojskową kuchnię polową. Odjechał z kwitkiem.

Ostatnie pięć minut

Lech Kowalski jest obywatelem amerykańskim. Urodził się w Anglii w rodzinie Sybiraków, którzy z polskich Kresów przeszli przez kazachskie łagry, Bliski Wschód, Afrykę... W Stanach Kowalski robił kino undergroundowe – o nowojorskich punkach, o bezdomnych, o biznesie porno. Na Zamojszczyznę przyjechał pierwszy raz trzy lata temu, gdy dowiedział się, że polscy chłopi odważyli się podnieść głowę przeciwko amerykańskiemu gigantowi. Jego film „Drill baby, drill" pokazała francusko-niemiecka telewizja Arte (kolejna emisja w najbliższy poniedziałek, 9 czerwca). Rok temu udało się wstrzymać prace Chevronu, bo miejscowi wykazali, że są niezgodne z prawem. Kiedy jednak 3 czerwca dzieciaki wytropiły w polu obcych, co chcieli stawiać płot, chłopi wyjechali im naprzeciw ciągnikami, a Lech znów ruszył z kamerą i dyżuruje razem z nimi.

– Ci chłopi nie mają głosu, tylko serce i wiarę, ktoś musi im pomóc – mówi prostą polszczyzną, z amerykańskim akcentem. – Zarzucają ci, że bierzesz za to kasę od przeciwników łupków  – pokazuję mu artykuł w polskiej gazecie. – To paskudny artykuł. Za swoje pieniądze tu przyjechałam, może potem film sprzedam. Mam pieniądze, nie jestem biedny, zarabiam. Przy poprzednim filmie na 80 dni przyjechała ze mną ze Stanów dwuosobowa ekipa, oni też sami wyłożyli na to pieniądze, bo chcieliśmy to produkować bez żadnej telewizji.

Teraz jego pierwszy film z Polski pokazują na festiwalu w Marsylii. Telewizja Polska nie chciała jego dokumentu o gazie łupkowym – że tendencyjny i źle udokumentowany. – Ja nie jestem dziennikarzem. To jest malarstwo, mój wybór. Obiektywizm to standardowe, przestarzałe podejście do prawdy. Ja robię filmy o ludziach, o ich prawdzie. Chciałbym kiedyś pokazać same twarze – twarze tych rolników i twarze tych, co pracują dla Chevron. To nie jest równa walka: wielkie lobby przeciwko partyzantom. Ja biorę stronę partyzantów.

Mieszka w gminnym internacie, a od rana biega sam z kamerą i mikrofonem na okupowanym pólku, jak tylko zjawi się nowa osoba czy podejrzany ruch. Kawałki jego produkcji pojawiają się w Internecie. Jest na przykład taka scenka, jak na miedzy pojawia się dwóch robotników z Chevronu i wbijają palik w ziemię. Za ich plecami operator z kamerą. W niego celuje kamera Kowalskiego. Pomiędzy pojawiają się kobiety, które głośno komentują akcję robotników, najgłośniej sołtysina Małgosia. Krzyczy na operatora Chevronu, że nie życzy sobie być filmowana, ten nie przestaje, więc rozjuszona kobieta rusza na niego, żeby z bliska wyjaśnić, że dobrze wie, jakie ma prawa.

Wieczorem na pagórku przed namiotem pojawia się rzutnik i ekran, a na ławkach zasiadają widzowie z wioski. Dziś pokaz czeski: aktywiści, którzy zatrzymali wydobycie gazu łupkowego u siebie w kraju robią instruktaż, na wiele miesięcy żmudnych działań. – Polska ma ostatnie 5 minut, żeby zaprotestować – przekonuje czeski lider. – Spójrzcie na mapę: gaz nakłada się na gigantyczne rezerwy wody dla tej części kraju. Rów Lubelski wraz z sąsiadującym ukraińskim Nowowołyńskiem to gigantyczne pokłady węgla – 60 mld ton. W ramach koncesji gazowej Chevron będzie mógł wydobywać też węgiel.

Ta wizja nie dodaje skrzydeł. Nazajutrz rano Czesi zwiną swój namiocik i flagę, a na ich miejsce przyjadą Litwini, działaczka z Rumunii, aktywiści z warszawskiego squotu Syrena. Ale Żurawlów czeka na polskich dziennikarzy.

– Nikt nas nie poprze. Stoimy tu tylko, żeby uratować honor – powie mi Jan Gryn, pokazując swoje gospodarstwo. Razem z bratem, synem i zięciem uprawiają 700 hektarów ziemi, własnej i dzierżawionej. Ciągnik własnej konstrukcji (są ślady na rękach) wart jest milion złotych i jeździ po polach z GPS-em. Mogę 100 tysięcy rocznie wyjąć, ale jak mam wybór: kupić żonie futro czy hektar ziemi, kupuję ziemię. 8–10 ton pszenicy z hektara! Wie pani, jak to cieszy? I 11 lat bez pługa! Taki eksperyment – i pokazuje mi grudy ziemi, które rozpadają się w ręku jak dmuchana czekolada, a z dziurek wychodzą tłuste dżdżownice. – Praca to może być męka albo zabawa. Ja mam radość. Tylko nie wiem, co mam synowi powiedzieć, jak wróci ze studiów z Ameryki. Gdzie ma dom budować? No bo jak rozegrać walkę ze światowym koncernem, który ma kapitał większy od budżetu polskiego państwa? Nogę możemy im podstawić. Ale będę mógł powiedzieć „zrobiłem, co mogłem".

Autorka jest reporterką,  współpracowała z BBC, Polskim Radiem i Radiem Zet. Była reporterką Telewizji Polskiej oraz „Gazety Wyborczej".