Można odnieść wrażenie, że sygnujący ją swymi nazwiskami Jochen Boehler, Robert Gerwarth i Jacek Młynarczyk nie zapanowali nad materiałem, na który składa się kilkadziesiąt tekstów różnych autorów. Artykuły opisujące poszczególne „narodowe" dywizje SS z jednej strony przeładowane są informacjami, np. o policyjnych formacjach pomocniczych kolaborujących z Niemcami czy folksdojczach, z drugiej prześlizgują się nad tematami najtrudniejszymi – dotyczącymi popełnionych przez tych żołnierzy zbrodni.

Nie można przejść do porządku nad stwierdzeniami pewnego ukraińskiego historyka opisującego Ochotniczą 14. Dywizję Grenadierów Waffen-SS „Galicja", że nie była to „ani jednostka policyjna SS, ani też formacja wykorzystywana przez SS w akcjach ludobójczych, a tysiące ukraińskich ochotników w jej szeregach nie było nazistami ani nawet nie sympatyzowało z nazistowską sprawą. Większość z nich miała poglądy antysowieckie, antykolonialne i proukraińskie".

Fenomen cudzoziemskich formacji esesowskich wymaga solidnego opisania i podejścia do tematu na chłodno, a jednocześnie z większą dbałością o czytelnika – niekoniecznie naukowca, ale takiego, który chłonie historię podaną w wersji soft. Taką umiejętność pisania osiągnęli niektórzy brytyjscy historycy, których zresztą Znak z powodzeniem promuje i wprowadza na polski rynek. Dość wspomnieć Rogera Moorhouse'a, Antony'ego Beevora czy Iana Kershawa. Do atutów ich książek należy zrozumiały język, a dodatkowo naszpikowanie publikacji fragmentami wspomnień, pamiętników i relacji obserwatorów wydarzeń. Tymczasem w publikacji o Waffen-SS, „pierwszym rozbudowanym paneuropejskim studium historycznym" – jak twierdzą autorzy, takich opowieści jest jak na lekarstwo, podobnie jak not biograficznych dowódców poszczególnych dywizji.

Wciąż potrzeba dobrej publikacji rozprawiającej się z mitem formacji, w których w czasie wojny służyło pół miliona nieniemieckich żołnierzy – albo ochotniczo, albo pod mniejszym lub większym przymusem. Zorganizowany przez Niemców przymusowy pobór objął m.in. Łotyszy, Estończyków, a także jeńców z Armii Czerwonej. Interesujący, i to autorzy zarysowali, jest udział niemieckiego wywiadu w tworzeniu tych formacji, a następnie w wykorzystaniu ich członków do realizacji zadań dywersyjnych lub wywiadowczych na terenach, z których pochodzili.

Książka ta może też niestety nieść podprogowy przekaz, że ochotnicze formacje SS nie były organizmami zbrodniczymi. Tak skonstruowany jest rozdział o weteranach SS i ich miejscach pamięci. Zdaniem jednego z autorów nie należy Waffen-SS mylić z innymi formacjami SS – „nie miała nic wspólnego z popełnianymi zbrodniami i miała jeden cel przewodni: ocalić Europę przed śmiertelną groźbą bolszewizmu, niesioną przez Armię Czerwoną. Byli zatem jedyną europejską armią, »męczennikami zjednoczonej Europy«". Tłumaczenie, jak widać, również kuleje.

Ostatnie zdanie książki brzmi kuriozalnie: „Dopiero się przekonamy, w jakim stopniu Europa Wschodnia pozostanie rodzajem źródła, z którego czerpiąc, przyszli zachodnioeuropejscy sukcesorzy żołnierzy Waffen-SS będą mogli nadal podtrzymywać swoje rytuały i ideologię". Wcześniej zaś czytamy o Ukraińcach, którzy „łączą doświadczenia swoich nacjonalistów z nader wojowniczą, ekskluzywną narodowa tożsamością".

Można zadać pytanie, czy taka publikacja powinna się ukazać na polskim rynku bez solidnego krytycznego komentarza. A tak się niestety stało.