Z tym wiąże się pewna ciekawa historia. Aktywnym działaczem w organizacjach studenckich był wówczas Włodzimierz Cimoszewicz. Stypendia przyznawał Socjalistyczny Związek Studentów Polskich (SZSP). Pamiętam posiedzenie, na którym Cimoszewicz wygłosił płomienne przemówienie i przekonywał, że o przyznaniu stypendium naukowego nie powinny decydować wyłącznie uzyskiwane oceny, lecz przede wszystkim aktywność w socjalistycznych organizacjach. W efekcie stypendium dostało wiele osób ze średnią 3,5, a mnie, ze średnią ok. 5, nie zakwalifikowano. Później jednak ktoś się zreflektował i po pół roku dopisano mnie do tej listy.
Z tak dobrymi ocenami miał pan chyba otwarte drzwi do wszystkich zawodów prawniczych? Nie myślał pan o praktyce?
Chciałem być sędzią. Rzeczywiście, moje oceny powinny mi dawać taką możliwość. Ja jednak chodziłem o kulach, przeszedłem bowiem chorobę Heinego-Medina. Zaczęły się telefony z sądu do dziekana. Ten miał mnie przekonać, żebym zrezygnował ze starania się o aplikację sędziowską. Bo niby jak będzie wyglądał sędzia w todze i o kulach...
Dziś byłoby to nie do pomyślenia.
To prawda. Ale wtedy były inne czasy. To był początek lat 70. Pomyślałem, że skoro w sądzie mnie nie chcą, to pewnie tym bardziej nie mam co próbować startu na inne aplikacje prawnicze. Postanowiłem się zająć pracą naukową. Tu też nie obyło się bez kłopotów. Chyba musiałem być na jakiejś esbeckiej liście, chociaż nie wiem z jakiego powodu. Profesor Łopatka, ówczesny dyrektor Instytutu Państwa i Prawa PAN, obiecał mi, że jeśli szybko zrobię doktorat, to da mi etat. Ja swoją część umowy wypełniłem. W ciągu trzech lat skończyłem studia doktoranckie z kryminologii organizowane przez Zakład Kryminologii w tymże Instytucie. Byłem wówczas chyba najmłodszym doktorem prawa. Profesor jednak swojej części umowy nie dopełnił... Znalazłem w końcu miejsce w Instytucie Problematyki Przestępczości u prof. Brunona Hołysta. Pozostałem jednak wierny PAN i tam zrobiłem również habilitację. Moim duchem opiekuńczym był zresztą nieodżałowany prof. Jerzy Jasiński, z PAN właśnie.
Potem wyjechał pan do Rzymu.