Reklama

Prof. Siemaszko: prowadziłem wykład do kotleta

Jak zostałem prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej” mówi prof. Andrzej Siemaszko, dyrektor instytutu wymiaru sprawiedliwości

Aktualizacja: 04.04.2015 10:14 Publikacja: 04.04.2015 10:00

Prof. Siemaszko: prowadziłem wykład do kotleta

Foto: ROL

Rz: Podobno był pan wybitnym studentem...

Andrzej Siemaszko: Moje zdjęcie z uroczystości odbierania dyplomu z wyróżnieniem, na którym miałem zresztą włosy do ramion, wisiało nawet przez jakiś czas w gablocie na dziedzińcu uniwersyteckim. Uczyłem się dobrze, to prawda. W naszej grupie było dużo przyszłych wybitnych prawników, m.in. Wojciech Sadurski, z którym trochę rywalizowaliśmy.

A dlaczego wybrał pan właśnie prawo?

Pewnie miały na to pewien wpływ tradycje rodzinne. Mój ojciec ukończył Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie, później pracował jako urzędnik w Ministerstwie Zdrowia. W rodzinach prawników rzeczywiście jest tak, że często dzieci idą w ślady rodziców... Poza tym nie przepadałem za matematyką. Chociaż na studiach miałem bardzo dobre oceny z logiki, podobnie z prawa rolnego, na którym m.in. trzeba było dzielić działki rolne.

Jako tak dobry student miał pan stypendium?

Reklama
Reklama

Z tym wiąże się pewna ciekawa historia. Aktywnym działaczem w organizacjach studenckich był wówczas Włodzimierz Cimoszewicz. Stypendia przyznawał Socjalistyczny Związek Studentów Polskich (SZSP). Pamiętam posiedzenie, na którym Cimoszewicz wygłosił płomienne przemówienie i przekonywał, że o przyznaniu stypendium naukowego nie powinny decydować wyłącznie uzyskiwane oceny, lecz przede wszystkim aktywność w socjalistycznych organizacjach. W efekcie stypendium dostało wiele osób ze średnią 3,5, a mnie, ze średnią ok. 5, nie zakwalifikowano. Później jednak ktoś się zreflektował i po pół roku dopisano mnie do tej listy.

Z tak dobrymi ocenami miał pan chyba otwarte drzwi do wszystkich zawodów prawniczych? Nie myślał pan o praktyce?

Chciałem być sędzią. Rzeczywiście, moje oceny powinny mi dawać taką możliwość. Ja jednak chodziłem o kulach, przeszedłem bowiem chorobę Heinego-Medina. Zaczęły się telefony z sądu do dziekana. Ten miał mnie przekonać, żebym zrezygnował ze starania się o aplikację sędziowską. Bo niby jak będzie wyglądał sędzia w todze i o kulach...

Dziś byłoby to nie do pomyślenia.

To prawda. Ale wtedy były inne czasy. To był początek lat 70. Pomyślałem, że skoro w sądzie mnie nie chcą, to pewnie tym bardziej nie mam co próbować startu na inne aplikacje prawnicze. Postanowiłem się zająć pracą naukową. Tu też nie obyło się bez kłopotów. Chyba musiałem być na jakiejś esbeckiej liście, chociaż nie wiem z jakiego powodu. Profesor Łopatka, ówczesny dyrektor Instytutu Państwa i Prawa PAN, obiecał mi, że jeśli szybko zrobię doktorat, to da mi etat. Ja swoją część umowy wypełniłem. W ciągu trzech lat skończyłem studia doktoranckie z kryminologii organizowane przez Zakład Kryminologii w tymże Instytucie. Byłem wówczas chyba najmłodszym doktorem prawa. Profesor jednak swojej części umowy nie dopełnił... Znalazłem w końcu miejsce w Instytucie Problematyki Przestępczości u prof. Brunona Hołysta. Pozostałem jednak wierny PAN i tam zrobiłem również habilitację. Moim duchem opiekuńczym był zresztą nieodżałowany prof. Jerzy Jasiński, z PAN właśnie.

Potem wyjechał pan do Rzymu.

Reklama
Reklama

Tak, w 1989 r. wyjechałem na kilka lat, za namową pana Jerzego również, bo sam bym się nie odważył. Pracowałem w ONZ-owskim instytucie badawczym (UNICRI) zajmującym się przestępczością. Kiedy wróciłem, Lech Falandysz zaproponował mi stanowisko zastępcy dyrektora w Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości. Gdy zaczął pracować dla prezydenta, zostałem jego dyrektorem. Pracuję tu już 25 lat. Policzyłem, że w tym czasie przeżyłem mniej więcej tyluż ministrów sprawiedliwości.

Co z tych 25 lat pracy uważa pan za najważniejsze?

Jestem dumny, że Instytut cieszy się takim uznaniem i prestiżem. Do składu poszła właśnie piąta już edycja „Atlasu przestępczości w Polsce", sztandarowego wydawnictwa IWS. Sam także, niezależnie od funkcji typowo administracyjnych, zajmowałem się przez cały czas pracą naukową. Byłem takim trochę grającym trenerem. Spędziłem ten czas pracowicie, ale już wystarczy. Na początku kwietnia kończy mi się kadencja, nie będę się ubiegał o następną. Choć nie zamierzam porzucać pracy naukowej. Przez przeszło 20 lat byłem również związany z Uniwersytetem Warszawskim, gdzie w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji wykładałem kryminologię i prowadziłem konwersatorium z technik badawczych w kryminologii. Wspominam to z wielką sympatią. W trakcie pracy naukowej byłem także m.in. laureatem dorocznej nagrody Amerykańskiego Towarzystwa Kryminologicznego dla wybitnego uczonego spoza Stanów. I wiąże się z tym zabawne wydarzenie, bo oto pierwszy raz w życiu prowadziłem wykład do kotleta. Audytorium, wielkie zresztą, siedziało i wcinało te swoje sałatki i owoce morza, a ja nadawałem. Najwyraźniej jednak coś usłyszeli, bo dostałem gromkie brawa i gratulacje.

—rozmawiała Katarzyna Borowska

Opinie Prawne
Mikołaj Małecki: Wyścig bez wyścigów, ale z surową karą
Opinie Prawne
Robert Gwiazdowski: Kto i na co ma nadzieję, czyli o zmianach w KRS
Opinie Prawne
Paweł Pietrzyk: Rola archiwów w dobie KSeF i cyfryzacji dokumentacji
Opinie Prawne
Jakub Ziętek: Znikające miliardy z PIT. Czy pora na reformę podatkową?
Opinie Prawne
Paweł Rochowicz: Droselklapa znów ryksztosuje, czyli jak nie mówić o KSeF
Opinie Prawne
Andrzej Olaś: Sądy uwikłano w walkę o władzę i jej profity
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama