Pochwalę się, bo mam powód. Otóż po okresie aplikacji felietonisty stałem się właśnie publicystycznym asesorem i na łamach „Rzeczy o prawie" spotykać się będziemy teraz co tydzień. Bardzo się z tego cieszę. Tygodniowy cykl, jakkolwiek wymagający, pozwoli mi nieco łatwiej odnosić się do wydarzeń bieżących i aktualności.

Korzystając z krótszego cyklu wydawniczego, chcę zwrócić uwagę czytelników na dwa wydarzenia, które w ostatnim tygodniu mocno mnie poruszyły. Prawniczo i rzeczowo oczywiście.

Czytaj także: Jarosław Gwizdak: Bardzo szare eminencje sądów

Dwunastu anonimowych ludzi

Toczy się, o czym zapewne wie nasza prawnicza bańka (albo i „bańka w bańce"), procedura wyboru polskiego sędziego w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. Toczy się. To najwłaściwsze słowo określające tę procedurę. Komisja konkursowa już działa, kandydaci stają przed nią i są odpytywani. Wnikliwie, nawet w obcych językach, z pewnością nieobcych kandydatom. O całym procesie informuje komisja na stronie internetowej. Kandydatów było osiemnastu, w tej chwili jest ich piętnastu, gdyż trzy osoby wycofały swoje zgłoszenia.

Komisja oceniła kandydatury i sporządziła listę, która zostanie przedstawiona do dalszych działań i wyboru. Lista zawiera nazwiska pięciu osób. Troje kandydatów i dwóch kandydatów rezerwowych. Wszystko jasne i transparentne. Na pewno?

Zupełnie jak w komiksach o Asteriksie i Obeliksie, niecała Galia jest podbita przez Rzymian, bo wciąż pozostała w niej maleńka, niepodbita wioska. Brakuje więc najważniejszego: imion i nazwisk kandydatów. Organizatorzy konkursu powołują się tutaj na klauzulę zawartą w rezolucji Komitetu Ministrów Rady Europy CM/Res (2010)26, że postępowanie przed Panelem (komisją) ma charakter poufny. Trudno takie stanowisko kwestionować, lecz ciekawie w tym kontekście brzmi zamieszczony przez tę samą komisję apel do kandydatów o „rozważenie możliwości ujawnienia swojego udziału w konkursie". Podstawą były głosy organizacji pozarządowych, mediów i parlamentarzystów. Głosy żywotnie zainteresowanych i zatroskanych przebiegiem procedury.

Co się okazało? Z osiemnastu kandydatów swój udział w konkursie oficjalnie ujawniło dwóch: profesor dr hab. Michał Balcerzak oraz profesor dr hab. Ireneusz C. Kamiński. Chwała im za to. Również o trzeciej kandydaturze, profesora dra hab. Tomasza Tadeusza Koncewicza, poinformowały organizacje społeczne, bo ujawnił się sam. I tyle. Zostało jeszcze dwunastu anonimowych, być może gniewnych ludzi.

Rodzi się oczywiście pytanie, dlaczego nazwisk pozostałych kandydatów nie poznała opinia publiczna? Jak to możliwe, że startu w tak istotnym konkursie, na tak ważne stanowisko jego uczestnik i uczestniczka nie mają ochoty ujawnić? Nie chcę odpowiadać na to pytanie, możliwych odpowiedzi i ich motywów jest przecież wiele.

Odnotowuję jedynie z przykrością, że to kolejny problem środowiska prawników, a może i problem znacznie szerszy. Nie mogę również sobie wyobrazić, żeby taki konkurs był z góry rozstrzygnięty, choć błądzić jest jednak rzeczą ludzką.

Słupek w słupek

A teraz rzecz druga. Zmieniając temat i schodząc z pałacu sprawiedliwości na ulicę, ostatnio przysłuchiwałem się dyskusji o zmianie systemu informacji miejskiej w moich rodzinnych Katowicach. Władze miasta poinformowały bowiem, że za chwilę odbędzie się przetarg na wykonanie systemu informacji miejskiej. Bo jest ładny system, a w Tychach się już przyjął. Teraz zostanie przyjęty w Katowicach. Tabliczki z nazwami ulic, plany miasta, słupki, a nawet kosze na śmieci będą miały jeden wzór, dominujący motyw.

Czegoś zabrakło

Zamiast wybuchu powszechnej radości, czego być może spodziewały się miejskie władze, rozległ się głos sprzeciwu. Istotny i dobrze umotywowany, pochodzący od katowickich środowisk projektantów.

Graficy i projektanci rzeczowo argumentowali, dlaczego taki system nie jest dla Katowic dobry. Po pierwsze nie jest systemem przygotowanym dla naszego miasta, ale importowanym z innego (łódzkie oznakowanie przeniesione z Warszawy jest tu wyjątkiem). Poza tym, biała pierwsza litera nazwy ulicy na żółtym tle może być niewidoczna dla osób widzących gorzej. Brak systemowi zdefiniowanego kodu kolorystycznego. Nie oddaje on w żaden sposób charakteru stolicy województwa. W dodatku zabrakło konkursu, koncepcji i szerszych konsultacji.

Środowisko grafików głośno i wyraźnie zaprotestowało, bo konkursu w ogóle nie było. Tym bardziej nie dowiemy się o jego rozstrzygnięciu, decyzję przecież podjęto.

Mam nadzieję, że katowickie drogowskazy nie pokazują nam drogi do Strasburga.

Autor jest byłym sędzią, byłym prezesem sądu, członkiem zarządu Fundacji Inpris, Obywatelskim Sędzią Roku 2015.