W ubiegłym tygodniu byliśmy świadkami niecodziennego wydarzenia w warszawskiej Izbie Radców Prawnych. Otóż ślubowanie złożył radca prawny z numerem jedenaście tysięcy. Jeszcze nie tak dawno nie praktykowało w Polsce tylu radców prawnych i adwokatów razem wziętych. Jedenaście tysięcy profesjonalnych prawników tylko na terenie jednej izby radcowskiej skupiającej aglomerację warszawską i kilka miast wokół stolicy – to robi wrażenie.
Musi robić również na tych, którzy do tej pory uważali lub uważają, że dostęp do profesjonalnego prawnika w naszym kraju jest w dalszym ciągu utrudniony. Teraz można postawić przewrotną tezę, że dostęp profesjonalnego prawnika do klientów jest zdecydowanie bardziej skomplikowany niż klientów do niego...
Pamiętam jeszcze populistyczne dyskusje, w których wskazywano, że czas skończyć z elitarnością prawniczych zawodów. Nazywano nas wówczas klubem „kolegów". Chyba armią, a nie klubem. Musielibyśmy się bowiem regularnie spotykać na Stadionie Narodowym. To chyba jedyne miejsce, które zdołałoby nas pomieścić.
Problem jednak nie w tym, ilu nas jest – to wynik politycznych rozwiązań przyjętych lata temu. Nikt racjonalnie myślący nie wyjdzie dziś z postulatem, aby znów administracyjnie regulować dostęp do zawodów prawniczych. Dla zgłaszającego byłby to koniec publicznej kariery.
Problem tkwi w czym innym. Obawiamy się, by ktoś nie wpadł na pomysł zrobienia z aplikacji prawniczych szkół podstawowych. I nie porównuję tu oczywiście poziomu kształcenia, ale fakt, że ten rodzaj szkoły musi w Polsce (przynajmniej oficjalnie) ukończyć każdy obywatel. Podobnie już bywało w samorządach zawodów prawniczych – gdy niemal każdy, kto zdawał egzamin wstępny na aplikację, zakończył go z wynikiem pozytywnym. Stopień trudności odpowiadał zatem politycznej wizji, a nie zdrowemu rozsądkowi wskazującemu, że nie każdy absolwent prawa nadaje się na aplikację. Tego się właśnie obawiamy.