Rz: Słyszałam, że dobrze pan śpiewa.

Michał Romanowski: W czasach studenckich byłem członkiem chóru akademickiego Uniwersytetu Warszawskiego. Śpiewałem jako bas.

To było wspaniałe doświadczenie artystyczne, ale i towarzyskie. W chórze śpiewali studenci ze wszystkich kierunków. Byliśmy bardzo zróżnicowani pod względem zainteresowań.

Dzięki chórowi wystąpiłem na scenie Filharmonii Narodowej. Jeździliśmy też z koncertami za granicę – do Hiszpanii, Włoch czy Niemiec. Na początku lat 90. wyjazdy zagraniczne nie były tak dostępne jak teraz.

Czy dzięki takim wyjazdom łatwiej było nauczyć się języków?

Niewątpliwie, ale wyjeżdżałem też na własną rękę do Sztokholmu. Pracowałem tam w sklepie z antykami i dywanami. Na początku byłem pracownikiem od wszystkiego, również od sprzątania. Z czasem dostrzeżono, że dobrze obsługuję klientów. Awansowałem więc na sprzedawcę.

W nauce angielskiego pomogła mi też jedna z koleżanek z chóru. Przyjechała ze Stanów. Nagrywała mi się na kasety magnetofonowe. Czytała książki.

Do chóru uczęszczało zapewne więcej studentek niż studentów.

Tak, tam poznałem moją żonę.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Czy zawsze chciał pan zostać prawnikiem?

Chyba nikt nie chciał zostać prawnikiem od zawsze. Ja dokonałem wyboru pod koniec liceum.

Prawa nie miałem we krwi. Tata był fizykiem ciała stałego, mama zaś chemikiem. Rozważałem studia matematyczne, medycynę i prawo. Miałem predyspozycje do nauk ścisłych. Byłem nawet laureatem warszawskiej olimpiady matematycznej. W końcu wygrała chęć zgłębienia mechanizmów funkcjonowania świata ludzi.

Moja matematyczka w liceum, gdy dowiedziała się, że wybrałem prawo, stwierdziła, że jestem jej porażką pedagogiczną. Liczyła na to, że wybiorę nauki ścisłe. Ja jednak nigdy nie żałowałem swojego wyboru, choć nie podejrzewałem, że prawo jest tak trudne. Można się jednak nim zachwycić, jeśli dostrzeże się w nim nie instrukcję obsługi, ale sztukę.

Kiedy zainteresował się pan prawem spółek?

Pod koniec studiów. Do prawa spółek doszedłem przez rynek kapitałowy, który dopiero zaczął się pojawiać na początku lat 90. i bardzo mnie zainteresował.

A co było dla pana największym wyzwaniem zawodowym?

Uczestnictwo w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego i zrozumienie mechanizmów legislacji. Liberalizowałem kodeks spółek handlowych w części dotyczącej kapitału zakładowego. Ważną zmianą, do której się przyczyniłem, jest też umożliwienie rejestracji spółki z ograniczoną odpowiedzialnością przez internet w ciągu 24 godzin. Kolejne to organizowanie walnych zgromadzeń spółek publicznych za pośrednictwem strony internetowej oraz usuwanie martwych spółek z rejestru.

Jednym z moich największych osiągnięć legislacyjnych jest wydanie dziesiątek, jeżeli nie setek, opinii podporządkowanych maksymie: czasami mniej znaczy więcej. Problemem polskiego prawa jest tworzenie przepisów na każdą okoliczność zamiast poszukiwania rozwiązań w istniejącym już systemie. Staram się z tym walczyć.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik