Prawa nie miałem we krwi. Tata był fizykiem ciała stałego, mama zaś chemikiem. Rozważałem studia matematyczne, medycynę i prawo. Miałem predyspozycje do nauk ścisłych. Byłem nawet laureatem warszawskiej olimpiady matematycznej. W końcu wygrała chęć zgłębienia mechanizmów funkcjonowania świata ludzi.
Moja matematyczka w liceum, gdy dowiedziała się, że wybrałem prawo, stwierdziła, że jestem jej porażką pedagogiczną. Liczyła na to, że wybiorę nauki ścisłe. Ja jednak nigdy nie żałowałem swojego wyboru, choć nie podejrzewałem, że prawo jest tak trudne. Można się jednak nim zachwycić, jeśli dostrzeże się w nim nie instrukcję obsługi, ale sztukę.
Kiedy zainteresował się pan prawem spółek?
Pod koniec studiów. Do prawa spółek doszedłem przez rynek kapitałowy, który dopiero zaczął się pojawiać na początku lat 90. i bardzo mnie zainteresował.
A co było dla pana największym wyzwaniem zawodowym?
Uczestnictwo w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego i zrozumienie mechanizmów legislacji. Liberalizowałem kodeks spółek handlowych w części dotyczącej kapitału zakładowego. Ważną zmianą, do której się przyczyniłem, jest też umożliwienie rejestracji spółki z ograniczoną odpowiedzialnością przez internet w ciągu 24 godzin. Kolejne to organizowanie walnych zgromadzeń spółek publicznych za pośrednictwem strony internetowej oraz usuwanie martwych spółek z rejestru.