Oburza postawa wiceministra sprawiedliwości, który groził sędzi postępowaniem dyscyplinarnym i wnioskiem o wyłączenie z procesu, bo nie przebiegał po jego myśli. Świadczy o tym, że nie do końca rozumie, jak poważną funkcję pełni w państwie i jak jego słowa i zachowanie mogą wpływać na postrzeganie wymiaru sprawiedliwości i jego urzędu.
Czasy powiatowych sekretarzy minęły już 27 lat temu, a pan minister swoją postawą zdaje się nawiązał do słusznie minionych, a utrwalonych przez całe dekady wzorców.
Na pytanie, czy wiceministrowi przysługują takie same prawa jak zwykłym obywatelom, które padło również z jego ust, można odpowiedzieć, że dokładnie takie same, jednak ze względu urząd, i władzę, jaką posiada, powinno wymagać się od niego (on sam również) znacznie większej powściągliwości w ocenach i zachowaniu.
Pan minister stanął przed sądem za wypowiedziane słowa pod adresem innego polityka. Dysponuje on takimi samymi środkami prawnymi jak każdy obywatel, aby bronić się, zarzuty odeprzeć i dowieść swoich racji. Od wyroku może się też odwołać, a w ostateczności złożyć skargę do Strasburga. I podobnie jak każdy obywatel musi wziąć osobistą odpowiedzialność za własne słowa i zmierzyć się z zarzutami. Minister tymczasem przyjął pieniaczą linię obrony. Generalizując swoją prywatną sprawę, wikłając ją w szerszy kontekst złego działania sądów, patologii, które zamierza zmieniać i reformować. Stosując taką taktykę, nadużywa swojego urzędu, kreując się na ofiarę wymiaru sprawiedliwości. Dobrze, że z wiceministra w końcu opadły emocje i wycofał się ze swoich słów. Niesmak jednak pozostaje. Wiceminister zaszkodził takimi słowami nie tylko wymiarowi sprawiedliwości i sobie, ale również „dobrej zmianie", która ma wkrótce wkroczyć do sądów.