Polityk nie pobił dziennikarki. On jej "jedynie" naubliżał. Zabawne, ale kampanię w obronie Niesiołowskiego prowadzą ci sami ludzie, którzy przez lata każde skrzywienie ust polityka, z reguły PiS, w kontaktach z mediami, uznawali za zbrodnię. Dziś nagle odkrywają, że kłopotem są podsuwane mikrofony i natrętne kamery (pojawiły się, jak wiadomo, dopiero wraz z Ewą Stankiewicz).
Wojciech Maziarski przypomina, że broniłem prawa Adama Bielana do rozmowy z wybranymi mediami. A teraz odmawiam tego prawa Niesiołowskiemu. Ale Bielan nie nawymyślał Teresie Torańskiej od platformerskich ścierw. Przeciwnie, bezskutecznie dobijał się kontaktu - z nią i tymi, co opublikowali jego słowa w "Newsweeku". Jak petent. W przypadku Niesiołowskiego wystarczyłby krok w tył do sejmowego hotelu i nie byłby nagabywany. On wybrał agresję, pewien swojej bezkarności. To nie jest debata o relacjach media - politycy. To debata o nierówności. Kolejna.