Jarosław Gugała: Urugwajska lekcja w sprawie prac domowych

Zadawać, czy nie zadawać prace domowe? Oto jest pytanie! Jak uczy nas logika formalna, a także polska poezja: „pytania z pozoru proste wymagają zawiłej odpowiedzi”.

Publikacja: 30.01.2024 16:10

Jarosław Gugała: Urugwajska lekcja w sprawie prac domowych

Foto: Fotorzepa/ Robert Gardziński

Moje kwalifikacje do wypowiadania się w tej kwestii są następujące: wywodzę się z wielopokoleniowej nauczycielskiej rodziny. Mój dziadek był nauczycielem i kierownikiem szkoły jeszcze przed II wojną światową; oboje moi rodzice byli nauczycielami, ojciec dodatkowo pracował w administracji szkolnej jako wizytator, inspektor szkolny a na koniec – wicekurator oświaty. Wychowywałem się w domu, w którym o szkole mówiło się codziennie i w którym bywało wielu nauczycieli, metodyków nauczania, pedagogów, wykładowców akademickich itd. Rodzice byli nauczycielami z wykształcenia i powołania, oddanymi misji oświaty bez reszty. Przez całe zawodowe życie dokształcali się na rozmaitych kursach, studiach i konferencjach.

Dlaczego Urugwajczycy prowadzą lekcje po angielsku?

Kolejna moja kompetencja, która upoważnia mnie do próby odpowiedzi na tytułowe pytanie to fakt, że wychowałem dwoje dzieci, które zdobyły solidne wyższe wykształcenie i tak się w ich życiu ułożyło, że chodziły do szkoły i w Polsce i za granicą. Gdy miały 8 i 10 lat, wyjechaliśmy na ponad cztery lata do Urugwaju, gdzie pełniłem służbę dyplomatyczną jako ambasador RP. Jednym z życiowych problemów zaraz po przylocie było znalezienie szkoły dla moich dzieci. Wtedy miałem okazję zapoznać się z ustrojem edukacyjnym, kraju mojego urzędowania.

Czytaj więcej

Likwidacja prac domowych. Nowacka: Odpoczynek to prawo człowieka

Niestety referowanie mojej „urugwajskiej lekcji” musi polegać na porównywaniu jej z polską, choć nie chcę tu bynajmniej oceniać, która jest lepsza. Jednak uznając, że podróże kształcą, chciałbym podzielić się tym, czego nauczyłem się w latach edukacji moich dzieci w British School w Montevideo. To nie jest oczywiście przeciętna szkoła. Założona przez imigrantów z Wielkiej Brytanii ponad 100 lat temu, z czasem stała się jedną z najbardziej prestiżowych w Urugwaju. Realizuje jednocześnie program nauczania w języku angielskim i hiszpańskim, ale większość jej uczniów stanowią Urugwajczycy.

Językiem urzędowym w tym kraju jest oczywiście hiszpański, który ma światowy zasięg. Jednak Urugwajczycy uznali, że najbardziej użytecznym językiem obcym jest angielski, stąd wszystkie – także publiczne szkoły w tym kraju – na wzór British School uczą jednocześnie w obu językach.

W typowej polskiej szkole dzieci uczą się języka przez kilka godzin lekcyjnych w tygodniu, co oczywiście nie daje żadnej szansy na opanowanie nawet jego podstaw. Jeśli ktoś chce, by jego dziecko nauczyło się angielskiego, to musi kupić mu dodatkowe prywatne lekcje. To pozbawia tej szansy uczniów ze skromniej sytuowanych rodzin, zwłaszcza w małych miejscowościach i tworzy przepaść między uprzywilejowanymi a resztą. Żeby to zmienić, trzeba ograniczyć liczbę dzieci w klasie podczas lekcji języków i wprowadzić dla wszystkich uczniów codzienne lekcje języka oraz wybrane przedmioty po angielsku. Wtedy nie będzie trzeba zadawać prac domowych z angielskiego, bo zdobywszy podstawy, uczniowie sami się douczą, wchodząc w kontakt z niezliczoną liczbą źródeł tego języka w internecie, kinie, literaturze i prasie.

Co usłyszałem od nauczycielki w Montevideo na temat prac domowych?

Urugwajska ustawa oświatowa, której podstawy stworzono nota bene jeszcze w XIX wieku, stanowi, że każdy obywatel tego kraju podlega obowiązkowi szkolnemu i ma prawo do bezpłatnej nauki w publicznej szkole. Oczywiście istnieją szkoły prywatne, wyznaniowe czy narodowe, ale podlegają takim samym regułom jak publiczne. Według prawa każde dziecko w wieku szkolnym jest pod opieką szkoły od godziny 8 do 16 od poniedziałku do piątku.

Czytaj więcej

Szkoła Barbary Nowackiej zwiększy nierówności

I tu przechodzę do mojej rozmowy z doświadczoną panią dyrektor British School, do której jako typowy Polak – udałem się zaniepokojony faktem, że moje dzieci nie mają prawie nic zadawane do domu. Obawiałem się, że są jako obcokrajowcy traktowane ulgowo… I oto czego się dowiedziałem od pani dyrektor.

„Ustawa oświatowa zakłada, że dzieci mają opanować wszystko, czego się od nich wymaga, w szkole. Osiem godzin dziennie od 8 do 16 powinno na to wystarczyć. Poza tym dzieci nie mogą pracować dłużej niż dorośli, bo byłoby to sprzeczne z kodeksem pracy! Czas po zakończeniu zajęć szkolnych ma być przeznaczony na rozwijanie indywidualnych zainteresowań, kontakty z przyjaciółmi i rodziną, ewentualnie aktywność społeczną czy obywatelską. Przepisy dopuszczają możliwość zlecania zadań domowych, ale tylko takich, które wyrabiają kompetencje społeczne, jak współpraca w grupie, nawiązywanie kontaktów z otoczeniem, angażowanie w sprawy szkoły – rodziców i sąsiadów”.

Zatem szkoły zadają prace domowe, ale nie próbują zwalać swoich podstawowych obowiązków na opiekunów uczniów, co polska szkoła robi nagminnie.

Zadawanie prac domowych jest jednym z dowodów na kryzys szkolnictwa, ale żeby ich nie zadawać, trzeba by najpierw uporządkować wiele spraw.

W dalszej części mojej rozmowy z panią dyrektor dowiedziałem się, że moje dzieci mają indywidualny tryb nauczania, w którym kosztem mniej istotnych zajęć, realizują dodatkowe zajęcia z hiszpańskiego i angielskiego, żeby jak najszybciej nadrobić zaległości i zacząć pełnowartościową edukację. Przy okazji dowiedziałem się, że szkoła, do której uczęszczało około 500 uczniów, zatrudnia 16 pedagogów zajmujących się obserwowaniem i oceną postępów w nauce każdego z uczniów oraz decydujących o indywidualnym profilu zajęć dla każdego, kto w czymś odstaje od wymaganego poziomu. 16 pedagogów na 500 uczniów! Nie warto tu chyba niestety dokonywać porównań z polską szkołą…

Specjaliści u nas zapewne wiedzą, ilu uczniów powinno być w jednej klasie, ilu nauczycieli i pedagogów powinna zatrudniać każda szkoła. Mam jednak wrażenie, że w tych kwestiach w polskim szkolnictwie panuje pełna uznaniowość, czy jak kto woli „wolnoamerykanka”, choć nawet z Ameryką Południową trudno to porównywać.

Zadawać czy nie zadawać? – czy to na pewno właściwe w tym momencie pytanie

Następna kwestia: ludzie, którzy mają dzieci w wieku szkolnym, są na ogół w najbardziej intensywnym okresie swojej kariery zawodowej. Wspominałem już, że w Urugwaju moje dzieci zaczynały codziennie szkołę o 8 i kończyły o 16. W Polsce każde z nich zaczynało i kończyło lekcje codziennie o innej porze. Tu wyjaśniam, że między nimi są tylko dwa lata różnicy i zawsze chodziły do tej samej szkoły. Moja rodzina przez szkolne lata była więc przedsiębiorstwem transportowym, obsługującym co najmniej cztery kursy do i ze szkoły dziennie oraz dodatkowo kilka kursów na zajęcia dodatkowe z języków obcych oraz sport. O kinie, teatrze czy życiu towarzyskim nie będę już wspominał. A może by tak zbiorowo oprzytomnieć i policzyć, ile na ten polski szkolny bałagan tracimy czasu i wysiłku, nie mówiąc już o paliwie? To się da policzyć w pieniądzach. Nie chcemy zadań domowych? Zlikwidujmy naukę na zmiany! Gdyby to wreszcie uporządkować, może starczałoby na porządne pensje dla nauczycieli, na pedagogów i szkolną infrastrukturę z prawdziwego zdarzenia. Zadawanie prac domowych jest jednym z dowodów na kryzys szkolnictwa, ale żeby ich nie zadawać, trzeba by najpierw uporządkować wiele spraw.

Czytaj więcej

Sondaż. Jak Polacy oceniają rządowe plany likwidacji prac domowych

I na koniec, upominając się o godność nauczycieli, pragnę przypomnieć, że powierzamy swoje największe skarby, jakimi są dzieci – ludziom, którym płacimy upokarzające stawki. Jeśli chcemy, żeby tylko ludzie z kwalifikacjami, talentem i powołaniem kształtowali nasze dzieci, to musimy to zmienić.

O autorze

Jarosław Gugała

dziennikarz Telewizji Polsat, w latach 1999-2003 ambasador RP w Urugwaju

Moje kwalifikacje do wypowiadania się w tej kwestii są następujące: wywodzę się z wielopokoleniowej nauczycielskiej rodziny. Mój dziadek był nauczycielem i kierownikiem szkoły jeszcze przed II wojną światową; oboje moi rodzice byli nauczycielami, ojciec dodatkowo pracował w administracji szkolnej jako wizytator, inspektor szkolny a na koniec – wicekurator oświaty. Wychowywałem się w domu, w którym o szkole mówiło się codziennie i w którym bywało wielu nauczycieli, metodyków nauczania, pedagogów, wykładowców akademickich itd. Rodzice byli nauczycielami z wykształcenia i powołania, oddanymi misji oświaty bez reszty. Przez całe zawodowe życie dokształcali się na rozmaitych kursach, studiach i konferencjach.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Mariusz Błaszczak: Nie stać nas na polityczną walkę w kwestiach bezpieczeństwa
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Decyzja sądu nie uniewinnia Romanowskiego. Dowody są twarde
Opinie polityczno - społeczne
Patriotyzm po polsku. Czym jest polskość w XXI wieku?
Opinie polityczno - społeczne
Sławomir Sowiński: Ukryte polityczne marzenia
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: PSL-u miłe miejsce, po prawej od wejścia do Sejmu