Ludzie rzucali kwiaty, jak kilka lat później podczas wizyty Jana Pawła II. Piłkarzy przyjął Edward Gierek.

W roku 1982, kiedy samolot z brązowymi medalistami mundialu wystartował z Madrytu, wykryto usterkę i trzeba było wracać na lotnisko. Nim zorganizowano podróż na nowo, upłynęło kilka godzin. Mimo to dziesiątki tysięcy kibiców do nocy czekały na Okęciu. Piłkarzy przyjął Wojciech Jaruzelski.

Z Kataru reprezentacja nie tylko wracała niemal ukradkiem, lecz jeszcze nie w komplecie. Część zawodników pozostała w Dausze, skąd miała bliżej na urlopy z rodzinami. Nie chciało im się wracać do Warszawy, być razem do końca, na dobre i na złe, podtrzymywać psychicznie trenera. Wykonali swoją pracę i tyle. Tak nie robi się w zgranym zespole ludzi, którzy pracują wspólnie i są do końca razem, bez względu na rezultat.

Czytaj więcej

Polski mundial, czyli awantura o 30 mln zł od premiera

Rządowy samolot wylądował na lotnisku wojskowym, więc nie było możliwości spotkania się z zawodnikami i sztabem trenerskim. Na pewno chcieli to zrobić kibice. Dziennikarze też obeszli się smakiem, bo żadnej konferencji prasowej nie zorganizowano, a dostępu do zawodników nie było. A wystarczyło przewieźć sportowców autobusem do portu cywilnego lub do hotelu Marriott przy lotnisku, gdzie zwykle organizuje się konferencje.

Przed mundialem z piłkarzami i prezesem PZPN spotykał się premier Mateusz Morawiecki. Czy rzeczywiście obiecał im premię w wysokości 30 mln zł, czy nie – tego nie wiemy. Nie było nas przy tym. Panuje kakofonia informacyjna, bo chyba ktoś się zorientował, że to byłoby przegięcie.

Czytaj więcej

Morawiecki: Nie będzie rządowych środków na premie dla piłkarzy

Premier obiecał, że przyjedzie do Kataru na jeden z meczów Polaków. Nie przyjechał. Może miał ważniejsze sprawy, a może uznał, że nie warto się pokazywać przy porażce, żeby nie być z nią identyfikowanym. Pierwszy mecz prezydent i premier oglądali w kraju, ubrani w szaliki reprezentacji. Kolejnych już nie, a przynajmniej ich kancelarie o tym nie informowały. Przypomina się sytuacja z mistrzostw świata 2006. Przed pierwszym meczem, z Ekwadorem, do szatni Polaków wtargnął premier Kazimierz Marcinkiewicz, dezorganizując ostatnie minuty przygotowań. Po przegranym meczu powiedział trenerowi coś w rodzaju, że nie chce tych nieudaczników znać. Przeciwnikiem w drugim spotkaniu byli Niemcy. Gra z nimi w mistrzostwach świata na ich boisku nie wróżyła sukcesu. Mimo to na trybunie stadionu w Dortmundzie zasiadł prezydent Lech Kaczyński z małżonką. W towarzystwie Angeli Merkel przeżywał spotkanie, bo to był kibic prawdziwy, a nie na polityczny pokaz.

Merkel wygrała. Trybuna honorowa w Dortmundzie znajduje się po drugiej stronie stadionu w stosunku do szatni. Żeby do piłkarzy się dostać, para prezydencka musiała przejść przez całe boisko. Pani prezydentowa na wysokich obcasach. Polscy kibice, gdy zorientowali się, kto przechodzi przez boisko, bili brawo. Prezydent wszedł do szatni, żeby podziękować polskim piłkarzom za wysiłek.

W roku 1978 (mundial w Argentynie) po remisie z Niemcami Edward Gierek wysłał do drużyny depeszę gratulacyjną. To był sygnał, że ten remis jest sukcesem i nie wolno krytykować. Takim sygnałem o poparciu dla polityki PZPN i uznaniu postawy piłkarzy było teraz wspomniane 30 mln zł. Tyle że to podobno już nieaktualne i nie wiadomo, kto to wymyślił, premier nie spotkał się z piłkarzami, żeby sprawę wyjaśnić. Oni zresztą chyba tego nie oczekiwali, bo pojechali na wakacje.