Niedawno w sieci pojawił się tekst Zbigniewa Hołdysa nawołujący opozycję do działania i mocno krytykujący ją za bezradność. Autor wyliczył, co należałoby zrobić, by pokonać PiS. Nie chcę wdawać się w tym miejscu w polemiki: chciałbym natomiast wskazać, jakich działań, które opozycja podejmuje z uporem maniaka, należy unikać.

Krytycy rządu zdają się zapominać, że o wyniku wyborów decyduje nie to, czyj obóz będzie większy: decydują ludzie, którzy do tych obozów nie należą, ale przyglądają im się z zewnątrz i potrafią myśleć. Warto spojrzeć na siebie z perspektywy wyborcy, który z daną partią nie jest związany żadnymi więzami lojalności i zrobi, co zechce. Takim osobom wcale nie imponuje to, że jeden z obozów jest zwarty, jednomyślny i nigdy do niczego się nie przyznaje, a wszystkich, którzy odważą się powiedzieć coś negatywnego o opozycji, nazywa cynglami PiS.

Właśnie przez takie myślenie PiS doszedł do władzy. Nic tak nie irytuje wyborcy jak bezkrytyczne podejście polityków do własnej partii. W przypadku PiS mogło to jeszcze ujść na sucho, bo partia ta nie miała okazji się wykazać, poza epizodem sprzed kilku lat, po części już zapomnianym. Można też przypuszczać, że wyborcy PiS mają mniej poszanowania dla demokratycznego sposobu działania niż ci, którzy popierają broniącą demokracji opozycję.

Dlatego doskonale rozumiem decyzję partii Razem, by nie przyłączać się do obozu Nowoczesnej ani KOD, a szczególnie PO. Serial pod tytułem „Platforma nadal nic nie rozumie" ma już tyle odcinków, że mogłaby z tego powstać druga „Moda na sukces". Ostatnią odsłonę oglądamy przy okazji zaciekłej obrony Hanny Gronkiewicz-Waltz. Czy naprawdę PO myśli, że broniąc osoby, która albo jest zamieszana w wielką aferę, albo rządząc Warszawą, nic o niej nie wiedziała, przyczynia się do obrony demokracji? Nie sposób zgodzić się z argumentami typu „Lepsza niedoskonała Gronkiewicz-Waltz niż PiS-owski komisarz". Sprawa jest prosta: pani prezydent, która dopuściła do niewiarygodnych jak na europejską stolicę nadużyć, musi odejść. Pozostanie jej na stanowisku może opozycji tylko zaszkodzić, nawet jeżeli odwlecze to moment rozpoczęcia rządu PiS w stolicy.

Opozycja – i to cała, włącznie z partią Razem – powinna raczej głosić zaczerpnięte od antyfaszystów hasło: nie musisz być z nami, nie możesz być z nimi. Szanse na odsunięcie PiS od władzy są duże, bo nigdy nie jest tak, że wyborcy, poza żelaznym elektoratem, popierają daną partię bezwarunkowo. Większość Polaków jest bardzo przywiązana do wolności osobistej, a wolność do działalności politycznej plasuje się na jednym z ostatnich miejsc wyznawanych wartości. PiS może więc sobie pozwolić na bardzo wiele, jeśli chodzi o naginanie zasad państwa demokratycznego, jeżeli jednocześnie obywatele odczują, że jednak im się lepiej żyje. Granicą, której nie może przekroczyć nawet ta partia, nie jest ingerencja w funkcjonowanie konstytucyjnego organu, o którym większość wyborców nawet nie miała wcześniej pojęcia, lecz w życie jednostki.

Opozycja musi więc czekać na swój moment, liczyć, że cierpliwość Polaków wyczerpie się stosunkowo szybko, a do tego czasu – robić swoje. W przeciwnym razie przegrana może być bolesna. Upadła AWS, upadła UW, upadł SLD, równie dobrze może upaść PO i Nowoczesna. To, że partia Razem może obecnie liczyć w sondażach na 3-procentowe poparcie, nie oznacza, że tak będzie w następnych wyborach. Rzadko kiedy nowatorskie ugrupowanie ma na starcie większe poparcie – a przecież w Grecji partia podobnego pokroju rządzi. Partia Razem wyznaje przy tym filozofię odwrotną niż PO: przede wszystkim się nie kompromitować, stawiać na wiarygodność. Adrian Zandberg potrafi na spotkaniu z wyborcami powiedzieć, że nie zna odpowiedzi na jakieś pytanie, bo odpowiedzialny jest za to kto inny w zespole.

Niestety, na karcie wyborczej nie można zaznaczyć opcji: „to palant, ale brak mu konkurencji". Podczas liczenia głosów widoczny jest tylko krzyżyk, który nasza klasa polityczna, szczególnie PiS, traktuje jako wyraz absolutnego oddania się we władanie danej partii i całkowitego poparcia dla jej działań.