W listopadzie 2019 r. jak grom z jasnego nieba spadła na Ziemię nieznana, bardzo zaraźliwa i niebezpieczna dla życia ludzkiego epidemia koronawirusa Covid-19. Został po raz pierwszy rozpoznany w chińskim Wuhan podczas serii zachorowań w tym mieście i stamtąd ruszył w świat. Już 18 grudnia odkryto jego zarazki w Europie – w ściekach w Mediolanie i Turynie. 11 marca 2020 r. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała serię zachorowań na Covid-19 za pandemię, a do 18 września 2021 r. na całym świecie na koronawirusa zachorowało 227 689 760 osób, a 4 680 201 spośród nich zmarło.

Pierwsze zachorowanie na koronawirusa w Australii stwierdzono 25 stycznia 2020 r. Wirusa przywiózł tu Chińczyk, który przyleciał do Melbourne 19 stycznia. Niebawem Covid-19 hulał już po całej Australii. Oczywiście przyjezdny z Chin nie był jedynym, który przeniósł koronawirusa na kontynent, przylatywały tu setki ludzi zakażonych w krajach, skąd przylatywali – najwięcej z Indii.

Rząd federalny postanowił zamknąć wszystkie lotniska i porty australijskie, a każdą osobę przybywającą do kraju – zdrową czy zakażoną – wysyłano na dwutygodniową kwarantannę w specjalnie do tego wynajętych hotelach (z początku na koszt rządu).

Czytaj więcej

Galeria handlowa w Sydney
Australia: Sydney przyspieszy łagodzenie lockdownu? W biurach zdejmą maski

Program ten zdawał egzamin z wyjątkiem stanu Wiktoria. Tutaj takie centrum w Melbourne otworzył rząd stanowy. Rząd federalny (konserwatyści) zaproponował przysłanie wojska, by pilnować ośrodka, lecz nie zgodził się na to lewicowy rząd stanowy Wiktorii i wynajął prywatną firmę ochroniarską bez weryfikowania jej zdolności do wykonania tego zadania. Efekt był taki, że ochroniarze z tej firmy podejmowali w tym czasie dodatkowe prace (kilku przyjeżdżało podpisać listę obecności i wracali do domu) i mieli kontakt z szerokim kręgiem osób. Zostały nawet upublicznione nagrania, na których widać, jak podczas dyżuru nocnego ochroniarze śpią sobie w najlepsze, a lokatorzy – zdrowi czy chorzy – grasują bez ograniczeń po całym hotelu. Co więcej, za łapówki – były to zazwyczaj usługi seksualne – strażnicy wypuszczali na miasto zarażone osoby.

Wynik tego był taki, że w Melbourne wybuchła pandemia koronawirusa: zachorowało ok. 21 618 osób, a 801 zmarło. Dla porównania w całej Australii poza stanem Wiktoria do 29 sierpnia 2021 r. na koronawirusa zachorowały 25 064 osoby, a zmarło zaledwie 168 osób.

Kiedy wyszły na jaw zaniedbania lokalnego rządu w Wiktorii, wybuchł skandal. Teoretycznie premier stanu albo chociaż minister zdrowia, zgodnie ze zwyczajem panującym w kraju, powinien podać się do dymisji. Zamiast tego rząd powołał komisję, by wyjaśnić sprawę i sprawdzić, kto odpowiada za całą sytuację oraz kto wynajął niesolidną firmę. Działalność komisji kosztowała podatników z Wiktorii blisko 8 milionów dolarów. Komisja niczego nie wyjaśniła, a do wynajęcia firmy nie przyznał się nikt – ani premier, ani stanowy minister zdrowia, ani doradca rządowy ds. zdrowia, ani szef policji, który był odpowiedzialny za nadzorowanie lockdownu w regionie. Tak potrafi wyglądać praworządność również w Australii. A przecież, logicznie rzecz biorąc, wszyscy dobrze wiedzieli, kto ją wynajął, bo były prowadzone zebrania rządu w tej sprawie, aczkolwiek w jakiś dziwny sposób nie zachowały się z nich stenogramy. Wychodzi na to, że wszyscy kłamali pod przysięgą! No bo przecież ta firma sama nie zadecydowała, że będzie chronić hotel, nie pytawszy nikogo o zgodę.

Miłościwie nam panujący

Niemniej jednak Australia przystąpiła do bezwzględnej walki z pandemią. Na tyle skutecznie, że niewiele osób w kraju zachorowało i bardzo mało zmarło (do 9 sierpnia 2021 r. odpowiednio 46 672 chorych i 988 zmarłych). Pytanie tylko za jaką cenę to osiągnięto? Wszyscy premierzy stanowi i terytorialni postanowili całkowicie wytępić wirusa na terenie swoich regionów, a tym samym uszczęśliwić nas, mieszkańców Australii. Jednak to uszczęśliwianie zamieniło się w jedno wielkie piekło dla 25 milionów ludzi.

Przed powstaniem Związku Australijskiego (Commonwealth of Australia) w 1901 r. kontynent australijski wraz z wyspą Tasmanią podzielony był na sześć kolonii angielskich: Nowa Południowa Walia, Wiktoria, Queensland, Południowa Australia, Zachodnia Australia i Tasmania (dzisiaj dochodzą do tego Australijskie Terytorium Stołeczne i Terytorium Północne). Po 1901 r. kolonie zachowały dużą autonomię – mają własne rządy, które rządzą się zgodnie ze swoim prawem, np. mają prawo zamykać granice stanowe. W związku z tym po wybuchu pandemii każdy ze stanów na swój sposób przystąpił do jej zwalczania, bez koordynacji ponadstanowej na zasadzie „każdy sobie rzepkę skrobie" i „wolnoć Tomku w swoim domku". Premierzy stanowi zachowują się tak, jak gdyby każdy inny stan australijski i jego mieszkańcy byli wrogami. Doprowadziło to do chaosu w całej Australii i de facto od półtora roku trudno mówić o dalszym istnieniu Związku Australijskiego.

Wszyscy politycy stanowi byli zgodni z tym, że aby wyplenić z ich stanów pandemię, trzeba zastosować wobec wszystkich mieszkańców areszt domowy poprzez organizowanie lockdownów i szczelne zamknięcie granic między stanami. Mamy więc w całej Australii najbardziej rygorystyczne lockdowny na świecie. Stolica stanu Wiktoria – 4-milionowe Melbourne – ze swoimi 266 dniami lockdownowymi dzierży palmę pierwszeństwa wśród wszystkich miast na świecie, które wprowadzały lockdowny. Melbourne w ten sposób zamieniło się w istne miasto duchów. Można powiedzieć, że dla premiera Wiktorii, Daniela Andrewsa, wprowadzanie przepisów lockdownowych i zmiany w nich nanoszone stały się prawdziwym hobby. Spośród wszystkich premierów stanowych najdłużej bowiem trzyma w areszcie swoich poddanych. Dzisiaj to już ponad 250 dni od marca 2020 roku, czyli w okresie 19 miesięcy, a do drugiej połowy października ma być ich aż 266.

Nawet okresy złagodzonych przez Andrewsa parokrotnie lockdownów były wciąż bardzo uciążliwe, więc można powiedzieć, że mamy je bez przerwy już od półtora roku. W niedzielę, 19 września, nasz władca ogłosił, że dopiero na Boże Narodzenie, czyli w momencie gdy 80 proc. mieszkańców będzie zaszczepionych, wypuści nas z aresztu. Lecz i wówczas musimy się liczyć z różnymi ograniczeniami. Na przykład Wigilia czy popularne pikniki bożonarodzeniowe pracowników biur i zakładów przemysłowych będą mogły się odbywać maksymalnie w gronie 30 osób.

Widać, że wolność została odebrana mieszkańcom Wiktorii bezterminowo lub co najmniej do czasu, gdy jej władcą będzie miłościwie nam panujący Daniel I. Gołym okiem można zaobserwować, że ludzie władzy zachłysnęli się możliwościami kontrolowania obywateli, które dała im pandemia. Jednym pociągnięciem długopisu dla zaspokojenia swoich chorych ambicji wodzowskich mogą zamknąć w domach (areszcie) miliony ludzi bez żadnych konsekwencji prawnych. Bo lockdowny wprowadzano już wtedy, gdy w kilkumilionowym Sydney, Melbourne czy Brisbane chorowały na Covid-19 zaledwie dwie osoby!

Gdzie politycy chodzą do fryzjera

Jak wyglądają lockdowny w poszczególnych stanach? Pierwsze „zamknięcie" w Wiktorii trwało nieprzerwanie trzy miesiące, kolejne – niedługo po pierwszym – jeszcze cały miesiąc. Ten obecny lockdown, już czwarty, będzie najdłuższy, bo potrwa cztery miesiące. I tak podczas tych zamknięć przez wiele miesięcy mamy godzinę policyjną trwającą od godziny 20 do 5 rano. Domy wolno nam opuszczać jedynie na odległość 5 km. Za przekroczenie tego dystansu grozi grzywna 5500 dolarów, nawet jeśli pojedzie się zakupić żywność lub leki. Kontakt z lekarzem jest możliwy w zasadzie tylko przez telefon, o wizycie u dentysty można zapomnieć, nawet jakby człowiek wariował z bólu zęba. Wszystkie sklepy, które nie sprzedają żywności i produktów pierwszej potrzeby, są zamknięte na cztery spusty, tak samo jak fryzjerzy. W ostatnich 18 miesiącach udało mi się ostrzyc włosy tylko pięć razy, natomiast w Wiktorii psy mogą być nadal strzyżone bez ograniczeń, bo premier kocha psiaki! Zamknięte są kawiarnie, restauracje, teatry, kina, hotele, boiska, stadiony, baseny pływackie i plaże (a przecież Australijczycy nie potrafią żyć bez pływania, dlatego zdobyli aż 14 złotych medali w pływaniu na olimpiadzie w Tokio). No i popularne domy publiczne. Nie mamy prawa nikogo odwiedzać, nawet chorych czy umierających rodziców albo dzieci. Nie można odwiedzać rodzin. Zapomnij o Bożym Narodzeniu, Wielkanocy, urodzinach, dniu matki i ojca, o chrzcinach, o piciu piwa z kolegami w knajpach. Najlepiej udawać, że nie zna się sąsiadów, a kościoły są albo zamknięte, albo we mszy może uczestniczyć najwyżej 30 osób, o ile premier jest w lepszym humorze. Szkoły raczej pozamykane – nauka prowadzona jest zdalnie, nieczynne są przedszkola, parki i dziecięce ogródki zabaw. Możliwości uprawiania sportu rekreacyjnego ograniczone zostały właściwie do gimnastyki domowej i spaceru w pobliżu domu i to zazwyczaj nie dłuższego niż godzinę. Słowa urlop i turystyka zostały wykreślone ze słownika australijskiego. O weselach należy zapomnieć, bo często nawet najbliższa rodzina nie może w nich uczestniczyć. Na pogrzebach może być zazwyczaj tylko pięć osób, rzadziej dziesięć. Maseczki są obowiązkowe (kara za ich brak to 1600 dolarów). Wszelkie publiczne protesty przeciwko lockdownom są brutalnie rozpędzane przez policję, a ich uczestnikom (nazywanym tak jak to było w PRL – chuliganami) grożą surowe represje, włącznie z karą więzienia. Jednak większość społeczeństwa słusznie uważa, że prawo mające służyć zdrowiu publicznego, choć w tym wypadku bardzo uciążliwe, musi być przestrzegane. Bo z pandemią nie ma żartów...

Tymczasem, jak się okazuje, lockdowny nie dotyczą naszych polityków. Np. prezes Rady Ministrów Australii na dzień ojca pojechał sobie z Canberry do domu rodzinnego w Sydney, a premier stanu Queensland poleciała do Tokio i uczestniczyła w otwarciu igrzysk olimpijskich. Z kolei pierwszy inspektor zdrowia stanu Wiktorii chodził sobie po mieście bez maseczki i przez to (pokazały to telewizje) został zmuszony do rezygnacji. Ale już niedługo później jego następca Chief Health Officer, Brett Sutton, pojechał sobie z Melbourne do Canberry na uroczystość wręczenia nagród naukowych. I chociaż zakłady fryzjerskie są pozamykane, żaden z polityków nie chodzi jak baran nieostrzyżony, co jest udziałem wielu mężczyzn dalekich od polityczno-urzędniczych stanowisk.

Rodzinne dramaty

Między stanami przywrócono granice. I to takie, jakie były między państwami bloku komunistycznego – nie prześliźnie się nawet mysz. Nie ma komunikacji lotniczej między stanami, ani w zasadzie z innymi państwami. Zamknięcie granic stanowych spowodowało, że wiele tysięcy rodzin zostało od siebie zupełnie odciętych i to trwa już prawie dwa lata. Poza tym natychmiastowe wprowadzanie lockdownów uniemożliwiało powrót do domu, np. osób leczących się czy dzieci, które chodziły do szkoły tuż po drugiej stronie granicy. Głośna była sprawa kilkudziesięciu dzieci, które zostały odcięte od domów i rodzin na kilka miesięcy. Słynna stała się sprawa córki, która błagała nadaremnie premier stanu Queensland – jak widać kobietę bez serca (przykro to pisać, bo Annastacia Palaszczuk jest pochodzenia polskiego) – o umożliwienie jej odwiedzenia w szpitalu umierającego ojca. A kiedy zmarł, równie nadaremnie córka prosiła o zgodę na przyjazd na pogrzeb. Takich przypadków było wiele dziesiątek.

Najświeższy podobny przykład pokazano w telewizji w niedzielę, 12 września. Dotyczył on starszego mężczyzny, który podczas krótkiego otwarcia granicy pojechał z Queensland na leczenie serca do Nowej Południowej Walii. Mężczyzna po zabiegu wyszedł ze szpitala, ale ciągle był w nie najlepszym stanie zdrowia i potrzebował stałej opieki. W międzyczasie granica Queensland została ponownie zamknięta i człowiek ten nie może wrócić do domu i żony, a w Nowej Południowej Walii nie ma gdzie zamieszkać i nie ma nikogo, kto mógłby się nim zaopiekować. Pojechał więc do granicy, błagając, aby go wpuszczono. Nie chciano. Zmęczony zasłabł na posterunku granicznym i musiano go zabrać do szpitala, a żona nie może go odwiedzić.

Jednocześnie gazety pisały, że dwie pielęgniarki z Queensland, który podczas otwarcia granicy udały się do Nowej Południowej Walii z pomocą w zwalczaniu rozprzestrzeniającej się tam na nowo pandemii, także nie mogą wrócić do swoich domów. Jeden mieszkaniec Melbourne postanowił przeprowadzić się do Queensland, kupił tam dom, a ten w Melbourne sprzedał i teraz jest na lodzie, bo do Queensland go nie wpuszczają, a w Melbourne nie ma gdzie mieszkać. Podobnych przypadków było wiele setek, nie mówiąc o innego rodzaju tragediach związanych z wprowadzaniem lockdownów, idącymi w tysiące.

Z kolei zamknięcie granic powietrznych i morskich sprawiło, że 60 tys. obywateli australijskich przebywających za granicą nie mogło powrócić do kraju przez wiele miesięcy. Mężowie wysłani w delegacje nie mogli wrócić do żon i dzieci. I chociaż ta drakońska restrykcja została złagodzona, wciąż ok. 43 tys. Australijczyków nie może powrócić do kraju, w tym 400 osób przebywających w Nowej Zelandii czy nawet grupa australijskich żołnierzy stacjonująca w Dubaju. Żona jednego mężczyzny, który utknął w Nowej Zelandii, w międzyczasie urodziła dziecko i ten człowiek zrozpaczony nie może przyjechać do niej ani do córeczki – swojego pierwszego dziecka.

Ludzie umierają, ale nie na covid

Lockdowny wyrządziły Australijczykom wielkie szkody, zgodnie z powiedzeniem: co za dużo to niezdrowo. Straty w gospodarce sięgają kilkuset miliardów dolarów, wiele tysięcy drobnych przedsiębiorstw zbankrutowało, podupadła turystyka, tysiące restauracji i kawiarń zostało zamkniętych, wzrosło bezrobocie, bieda stała się chlebem powszednim dla tysięcy rodzin.

Szerząca się w społeczeństwie depresja zbiera obfite żniwo, psychiatrzy alarmują od miesięcy, że blisko 2 miliony Australijczyków potrzebuje leczenia psychiatrycznego; mnóstwo osób, w tym młodzież (bardzo duży wzrost), popełniło samobójstwo, policja odnotowała wielki wzrost przemocy w rodzinach, wiele małżeństw się rozpadło, a alkoholizm staje się prawdziwą plagą – o 30 proc. wzrosła sprzedaż alkoholu. Duża grupa dzieci i młodzieży straciła dwa lata prawdziwej nauki w szkole, a straty z tego tytułu są trudne do oszacowania. Ludzie umierają albo bardzo cierpią, bo nie są właściwie albo w ogóle leczeni, na przykład na nowotwory. Najgorzej „areszt domowy" przechodzą dzieci i młodzież – wyrządza on wielką szkodę ich zdrowiu psychicznemu.

Powtarzam – to wszystko trwa już półtora roku. Jesteśmy w szponach brutalnej dyktatury koronawirusowej, bez cienia troski o człowieka. Państwo straciło miliardy dolarów wskutek braku turystów zagranicznych i studentów, którzy przynosili dochody naszym uniwersytetom. Prawdziwą tragedię przechodziły pary, które organizowały swoje śluby. Było tysiące przypadków, że przygotowane wesela, które miały się odbyć następnego dnia lub za kilka dni, nie mogły dojść do skutku. Wiele par doświadczyło tego dwa, a nawet trzy razy, ponosząc przy tym straty finansowe. Tak samo restauratorzy, którzy przez natychmiastowo wprowadzane lockdowny byli zmuszeni wyrzucać na śmietnik zamówione produkty. Pokazano w telewizji jednego kierownika restauracji, któremu przywieziono żywność za 30 tys. dolarów, a następnego dnia dowiedział się, że rząd stanowy wprowadza lockdown i to, co mu przywieziono, jest zmuszony teraz wyrzucić. Premierów stanowych nic to jednak nie martwiło. Oni przecież to wszystko robili dla naszego dobra.

Do tych niezliczonych ludzkich tragedii doszło dlatego, że nasi rządzący postanowili wybawić nas od koronawirusa raz na zawsze. Niestety, wciąż im to nie wychodzi, bowiem po półtora roku lockdownów z krótkimi przerwami w ostatnich dwóch tygodniach Covid-19 pokazał, że nie ma na niego mocnych. Walka z nim poprzez lockdowny to po prostu syzyfowa praca. Otóż po ciszy znów rozpętała się burza. W Nowej Południowej Walii mamy obecnie od 1000 do 1500 zachorowań dziennie, a w Wiktorii 500. Jednak niektórzy premierzy nie chcą za nic ustąpić, upierając się, że pokonają koronawirusa w swoich stanach poprzez szczelne zamknięcie granic. Szczególnie uparta jest premier Queensland. Jakiś czas temu rząd federalny wspólnie z premierami stanowymi uzgodnili, że jeśli 70 proc. ludzi będzie zaszczepionych, to lockdowny pójdą do lamusa. Tymczasem teraz premier Queensland powiedziała, że otworzy granice stanu tylko wówczas, gdy zostaną również zaszczepione wszystkie dzieci. A przecież eksperci mają liczne wątpliwości w kwestii szczepienia małych dzieci!

Narasta bunt i gniew

Co więc dały te wszystkie ostre, wręcz sadystyczne lockdowny i zamknięcie granic wewnętrznych w Australii? Nic, po prostu nic. I nie przemawiają do rządzących podane ostatnio przez media do publicznej wiadomości, a ukrywane dotychczas, dane porównawcze o zachorowaniach i zgonach na grypę oraz koronawirusa. Pokazały one, że Covid-19 to taka sama pandemia jak grypa, z którą żyjemy chyba od zawsze i której nie potrafimy zwalczyć, aczkolwiek jesteśmy w stanie kontrolować. I tak w Australii w 2019 r. na grypę zachorowało 301 094 osób, a zmarły (na nią i powiązane z nią zapalenie płuc) 4124 osoby. Tymczasem na koronawirusa w ostatnich 18 miesiącach zachorowało w całej Australii tylko 46 723 i zmarło 985 osób. Dlatego premier Nowej Południowej Walii powiedziała ostatnio, że widać wyraźnie, iż chcąc nie chcąc, musimy nauczyć się żyć z covidem, tak jak zżyliśmy się z grypą, i 15 września zniosła lockdown w swoim stanie. Podobnie zaczyna – na razie nieśmiało – mówić premier Wiktorii, ale chyba bardziej ze strachu niż z rozsądku, w społeczeństwie bowiem narasta bunt. A gniew jest zaczynem protestów, które już kilka razy miały miejsce (ostatni raz 19 września, w największym proteście wzięło udział 7 tys. ludzi), a następnie rewolucji, które potrafią obalać rządy. Tym bardziej że uczestnicy demonstracji skandują: chcemy wolności – powrotu do normalnego życia. Tego chcą chyba wszyscy Australijczycy.

Autor jest publicystą, historykiem, dziennikarzem i wydawcą. Od 1964 roku mieszka w Australii