Nieufność wobec obywateli i obawa przed rozszerzeniem ich praw politycznych jest jedną z zasadniczych wad polityki w Polsce. Na początku marca koalicja PO–PSL już w pierwszym czytaniu odrzuciła obywatelski projekt ustawy dającej rodzicom prawo decyzji o wieku szkolnym. To najmocniejsza w ostatnim czasie manifestacja paternalizmu i lekceważenia praw obywatelskich.
Elity przeciw ludowi
Nie był to jednak wypadek przy pracy. Paternalizm ma w III RP długą tradycję. Przypomnieć wypada kampanię przeciw użyciu referendum jako procedury zgody na ratyfikację traktatów europejskich. Korzystanie przez naród z instrumentarium demokracji bezpośredniej traktowano wtedy jako populistyczne zagrożenie dla transformacji i akcesu do Europy. Właściwie cała polityka europejska w Polsce – wbrew tendencjom w dojrzałych państwach UE – tworzona jest bez kontroli parlamentarnej i z wykluczeniem opinii publicznej. Negatywne przykłady można wyliczać dalej, wskazując chociażby na kompletny brak reakcji na propozycje Instytutu Spraw Obywatelskich, który w ramach kampanii „Obywatele decydują" przedłożył projekt wzmacniający i urealniający instytucję ludowej inicjatywy ustawodawczej.
Elity polityczne postrzegają obywateli przeważnie jako nieproszonych gości, którzy zakłócają proces rządzenia. Było to doskonale widać podczas debaty nad obywatelskim projektem ustawy dotyczącym obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Przedstawicielka wnioskodawców Karolina Elbanowska wielokrotnie spotkała się ze strony parlamentarzystów PO z ostentacyjnym lekceważeniem, co najlepiej ilustruje głos jednego z prominentnych posłów tej partii: „mamy ważniejsze sprawy".
Nieufność wobec demokracji bezpośredniej ma osłonę konstytucyjną. Ustawa zasadnicza deklaruje istnienie demokracji bezpośredniej, ale uzależnia ją całkowicie od zgody większości rządowej. W praktyce referendum z inicjatywy obywateli jest instytucją martwą, od chwili obowiązywania konstytucji nigdy nie było zastosowane. Podobnie obywatelska inicjatywa ustawodawcza trafia najpierw na szereg przeszkód administracyjnych, a potem bez względu na skalę poparcia może zostać (i zazwyczaj zostaje) odrzucona, zanim podjęte zostaną prace merytoryczne.
W przeszłości przeciwko rozszerzeniu praw politycznych obywateli wysuwano argument kompetencji elity i niskiego wykształcenia ludu. Powtarzano za Monteskiuszem: „Wielką zaletą przedstawicieli jest to, że są oni zdolni do roztrząsania spraw. Lud zgoła nie nadaje się do tego; jest to jedna z wielkich wad demokracji". W II Rzeczypospolitej decydowała obawa przed populizmem (w 1921 r. poziom analfabetyzmu wynosił 33 proc.) i osłabieniem państwa przez mniejszości narodowe. Z tych powodów nie brano pod uwagę powszechnych wyborów prezydenckich. Po upadku komunizmu argumentacje elitarystyczne nie były raczej podnoszone. Świadomie jednak ukształtowano system oparty na obawie przed aktywną opinią publiczną i działaniem demokratycznych instytucji innych niż wybór przedstawicieli.