W ogólnie niewesołym nastroju europejskiego schyłku, który pojawił się po brytyjskim referendum, polityczni liderzy Europy uznali, że zaprezentują wszystkim swój niezmącony niczym optymizm i witalizm. Wznieśli więc hasło: jeszcze Europa nie zginęła! – i stwierdzili, że trzeba zbudować europejską armię, która nas obroni przed zagrożeniami. W traktacie lizbońskim jest odpowiedni po temu zapis o tzw. strukturalnej współpracy wojskowej, a Brytyjczycy, którzy byli mu niechętni, są już za burtą i nie mogą się sprzeciwiać.

Takie rozumienie europejskiego bezpieczeństwa i obrony przez brukselskie elity bardzo przypomina sceny z niezapomnianego bondowskiego filmu „Skyfall". Przede wszystkim tę, w której przemądrzała pani minister obrony mówi, że tradycyjne formy walki się przeżyły, że mamy inny świat XXI wieku. Kiedy jednak dochodzi do ataku terrorystycznego, pierwsza w panice chowa się pod biurkiem. Ta scena, jak i cały film, dużo mówią

o mentalnym stanie współczesnej Europy. Jej społeczeństwa od pokoleń nie doświadczały wojen, i dzięki Bogu. Ale zapomniały, że taki stan nie jest dany im raz na zawsze.

Wychowaliśmy w Europie społeczeństwa pacyfistyczne, które wobec agresji z zewnątrz są całkowicie bezradne, które w ogóle nie wiedziałyby, jak się mają zachować w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Ten fizyczny i duchowy stan Europy niezdolnej do konfrontacji z wojenną przemocą jest szczególnie widoczny dzisiaj, kiedy niebezpieczeństwo konfliktu stało się realne w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Ten stan można zmienić tylko w dłuższej perspektywie. Dlatego ci, którzy uważają, że problem bezpieczeństwa w Europie można rozwiązać, dając po prostu cywilom broń do ręki, są tak samo śmieszni jak ci, którzy kreślą w Brukseli absurdalne plany tworzenia europejskiej armii.

Bardzo długo żyliśmy w złudzeniu niezmąconego niczym bezpieczeństwa. Ta iluzja się skończyła i weszliśmy w czasy nowych realnych zagrożeń całkowicie nieprzygotowani. Pora się ocknąć.

Autor jest profesorem Collegium Civitas