Firmy umieją dziś znacznie lepiej radzić sobie z obostrzeniami niż rok temu, pracownicy lepiej radzą sobie z internetem, pracodawcy lepiej potrafią zarządzać w trybie zadaniowym. Lepiej też nauczyły się radzić sobie z sytuacją instytucje państwowe. Działają mechanizmy wsparcia, mniejsze jest zaskoczenie i poczucie niepewności, które paraliżowało gospodarkę przed rokiem. Jeśli dodamy do tego tzw. efekt niskiej bazy, czyli odnoszenie poziomu PKB do naprawdę katastrofalnej sytuacji sprzed roku, w II kwartale 2021 r. odnotujemy zapewne statystyczny wzrost PKB w ujęciu rocznym (ale jednocześnie bolesny spadek w stosunku do pierwszego kwartału tego roku).

A mimo to ten lockdown może być znacznie bardziej bolesny od poprzednich. Głównie dlatego, że wiele firm wykorzystało już rezerwy i zapasy, które pozwoliły im przetrwać minione miesiące. Przy gwałtownie rosnącym długu publicznym słabnie też ochronna funkcja różnorodnych państwowych tarcz, choć zdesperowane rządy być może zdecydują się na kolejny, lawinowy wzrost deficytów, aby tylko przetrwać kolejną ciężką wiosnę. Ale tak czy owak cud się kończy. Teraz, nawet przy ograniczonym spadku produkcji, towarzyszyć mu będzie znaczny wzrost liczby bankructw i bezrobocia.

Ludzie z rządu wyćwiczyli się już w specyficznym sposobie oceny sytuacji: tam, gdzie jest źle, winę ponosi albo wirus, albo „my" („no my, wszyscy", jak mówił w skeczu Jan Kobuszewski). Tam, gdzie nie jest źle, a przynajmniej nieco lepiej od oczekiwań, mamy sukces rządu.

Jak było w rzeczywistości? Ocena jest niejednoznaczna. Wiele działań państwa, na czele z szybką decyzją o pomocy dla firm i skutecznym zahamowaniu wzrostu bezrobocia, należy pochwalić. Z drugiej strony w działaniach widać też dużo chaosu, nieudolności i podatności na lobbing. Czy naprawdę – zakładając, że o działaniach nie powinny decydować względy polityczne – należało najbardziej w Europie luzować obostrzenia latem (dalej od nas była tylko Białoruś)? Czy zamknięcie restauracji musiało następować w przeddzień weekendu? Czy szykujących się od tygodni do egzaminu rezydentów nie można było poinformować o przesunięciu terminu dwa miesiące temu?

Odpowiedź rządu (słyszałem ją niedawno z ust jednego z byłych ministrów zdrowia) jest taka, że przecież „nikt nie mógł przewidzieć, jak ciężka będzie sytuacja na wiosnę". Wolne żarty. Nie jestem epidemiologiem, ale od miesięcy, opierając się na tym, co podpowiadał zdrowy rozsądek, nie miałem wątpliwości, że tak będzie (kto nie wierzy, niech łaskawie porówna choćby moje felietony z „Rzeczpospolitej", np. z 27 sierpnia, 12 listopada lub 14 stycznia). Czyżbym był jasnowidzem? Niekoniecznie.

Przypomina mi to żart z PRL o milicjantach. Milicjant na drzewie piłuje gałąź, na której siedzi. Przechodzień ostrzega go: obywatelu sierżancie, jak przepiłujecie, to spadniecie. – Rozejść się! – nakazuje milicjant i piłuje dalej. W końcu gałąź się urywa, milicjant spada. Potłuczony patrzy ze zdumieniem na oddalającego się przechodnia i sam siebie pyta: prorok czy co?