Polska jest krajem zużywającym bardzo dużo energii. Spadek cen ropy z poziomu ok. 100 dol. za baryłkę do obecnych 70 dol.  to dla naszej gospodarki oszczędność rzędu kilkunastu miliardów złotych rocznie. Ponieważ za kursem ropy podążają ceny innych nośników energii, możemy się też spodziewać dużych oszczędności na importowanym gazie. Na taniej ropie zaoszczędzą wszyscy Polacy i, co ważne, te odłożone pieniądze najprawdopodobniej przeznaczą na dalsze zakupy produkowanych głównie w kraju towarów. Jeżeli więc niskie ceny ropy się utrzymają, mamy szanse na widoczne ożywienie w gospodarce.

Co ważne, tania ropa zmienia też poważnie polityczną mapę świata. Słabnąć zacznie rola różnych wielkich eksporterów ropy kosztem pozycji uprzemysłowionych państw, dla których wysokie ceny surowców były jednym z głównych czynników ograniczających rozwój. Polska należy (albo przynajmniej aspiruje) do tego klubu zwycięzców. Natomiast jednym z największych przegranych będzie Rosja. Zakładając, że jej prezydent przyciśnięty niskimi cenami ropy i spadającymi wpływami budżetowymi nie podejmie jakichś dramatycznych decyzji, Polska może już się zastanawiać, jak dzielić korzyści z tych niespodziewanych zmian na światowym rynku surowców.

Takim ważnym efektem na pewno będzie poprawa w budżecie. Wpływy podatkowe (pomijając VAT od paliw) powinny rosnąć. Trzeba pamiętać, że te korzyści nie będą wieczne i nie można ich natychmiast przejeść. Należy naśladować kraje wydobywające surowce, które w okresach prosperity odkładały część zysków na gorsze czasy. Ważne jest, by teraz zrestrukturyzować (nie mylić z dotowaniem) górnictwo. Gdy ropa jest rekordowa tania, węgiel też nie zdrożeje i państwo powinno wykorzystać ten czas, by wreszcie uzdrowić tę świętą krowę.