Jeśli ktoś podpisał wyrok śmierci na polskie kopalnie, to był to Lech Kaczyński na szczycie UE w 2007 r. Kolejne lata zabiegów polskiej dyplomacji służą tylko temu, żeby egzekucję odwlec, ewentualnie zmienić zastosowaną metodę uśmiercania.
„Tusk i Kopacz podpisali wyrok śmierci na polski węgiel", „dekarbonizacja zniszczy polską gospodarkę" — to opinie PiS w reakcji na ostatni szczyt UE.
"Donald Tusk koniem trojańskim Unii" — twierdzi z kolei organizacja ekologiczna WWF. Gani przewodniczącego Rady Europejskiej za zgoła coś innego niż politycy PiS. Mianowicie za to, że tylnymi drzwiami wprowadził do wniosków ze szczytu UE zapis o lokalnych źródłach energii, co — zdaniem WWF — jest próbą rehabilitacji węgla.
Podobne zastrzeżenia ma Greenpeace, zdaniem którego wspomniany dokument otwiera drogę dla łupków i węgla. Obawiam się, że ekolodzy przeczytali dokument unijny za zrozumieniem, natomiast PiS posłużył się nim wyłącznie w celu pozyskania elektoratu na Śląsku.
Prawdą jest, że w dokumencie, a konkretnie w jego części poświęconej unii energetycznej, mowa jest o "dekarbonizacji" unijnej gospodarki. Być może polski rząd mógł bardziej zabiegać o użycie innego słowa. Jednak w praktyce niczego by to nie zmieniło. UE od lat jest na drodze "dekarbonizacji", pod którym to pojęciem rozumie się coraz mniejszy udział węgla w miksie energetycznym. Celem jest bowiem zmniejszenie emisji CO2, co ma pomóc w walce ze zmianą klimatyczną. Pierwszy wielki krok w tym kierunku UE wykonała na szczycie w 2007 r., gdy przyjęła pakiet klimatyczno–energetyczny przewidujący zmniejszenie emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. W imieniu Polski zaakceptował go wtedy Lech Kaczyński.