Po pierwsze dlatego, że gdy zabiera się do demotywowania, to robi to naprawdę, a nie na żarty. Po drugie, demotywujące treści próbuje umieszczać nie na jakiejś przypadkowej stronie internetowej, lecz w ważnych ustawach regulujących życie gospodarcze kraju. Dowodzą tego nowe pomysły zmian w ustawie o radiofonii i telewizji proponowane przez resort kultury. Reklamowane są jako wprowadzane z troską o konsumenta, i to tego najmłodszego.
Chodzić ma o to, by młódź nie obżerała się słodyczami pod wpływem reklamy i nie tyła – skutkiem tego obżarstwa – w sposób niekontrolowany. I choć powszechnie znaną prawdą jest fakt, że nie szkodzi żywność jako taka, lecz jedynie złe nawyki żywieniowe, to Ministerstwo Kultury postanowiło odpowiednie zakazy „antykaloryczne" wpisać do ustawy. Na pierwszy rzut oka może to nawet wyglądać pożytecznie. W końcu, jak uczył plakat propagandowy w „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz": „Uśmiech naszego dziecka premią za trud wychowawczy". Słowem, jeśli ktoś się troszczy o dziatki, to się z nim nie dyskutuje, bo z definicji działa słusznie, zbożnie, pożytecznie.
Ale co zrobić, kiedy jego troska jest kontrproduktywna, bo rozwiązania zostały już przyjęte? Kiedy jego działanie jest nie dość, że wtórne, to w dodatku, zamiast skutkować zamierzonym dobrem dziecka, powoduje wylanie go z kąpielą wskutek destrukcji rozwiązań wcześniej już przyjętych? Wtedy mamy wielki demotywator. Zmiana proponowana przez resort kultury jest wielkim zniechęceniem do wszelkich działań na poziomie samorządu i samoregulacji.
Dzieje się tak dlatego, że pod wpływem unijnej dyrektywy audiowizualnej nadawcy telewizyjni sami już zrezygnowali z reklam słodyczy, słodkich napojów, słonych i słodkich przekąsek dla dzieci do lat 12.
Jakie są skutki tej samoregulacji? Dodajmy, że to najnowocześniejsza tego typu zmiana w Europie, oparta na ekspertyzach instytucji naukowych, zgodna z kodeksem etyki reklamy. Możemy się o skutkach nie dowiedzieć, bo ledwo wchodzi ona w życie, a ministerstwo już pichci nową.