Wystarczy, że ukończy 55 lat. Wtedy swobodnie będzie mógł wydawać to, co zgromadził. A gdyby tak nam dać taką możliwość?
Oczywiście, jeśli chodzi o Brytyjczyków, to duże uproszczenie. Rzeczywiście, będą mogli korzystać z pieniędzy przeznaczonych na emeryturę, ale tylko tych zgromadzonych poza państwowym systemem. To, co mają odłożone w odpowiedniku naszego ZUS, pozostanie nie do ruszenia. Wydawać będą mogli do woli to, co sami sobie uzbierali, np. w funduszach prowadzonych przez pracodawców. W Polsce można by je porównać z IKE lub IKZE.
I to od razu pokazuje, że u nas czegoś takiego nie da się zrobić, bo z tych dwóch kont korzysta zaledwie ułamek społeczeństwa. Tymczasem z badania, na które ostatnio trafiłem, wynika, że aż 94 proc. z nas nie wie, że odkładając tam pieniądze, można skorzystać z ulgi podatkowej przy rocznym rozliczeniu. Porażka... Nie nasza oczywiście, ale władz, które nie potrafią trafić do społeczeństwa z informacją.
To jednak daje mi podstawę twierdzić, że w naszym kraju powinniśmy „zmusić" Polaków do oszczędzania. Pojawiły się już takie głosy, ale jakoś nikt ich nie podchwycił. Z naszych pensji powinna być pobierana co miesiąc niewielka kwota, np. 50 zł, może 100 zł, i przekazywana na ów – nazwijmy go –„trzeci" filar. Przekazywana na zasadzie dobrowolności. Ale zasadzie dobrowolności odwróconej: jeśli ktoś nie chce, musi złożyć u pracodawcy, a najlepiej w ZUS, oświadczenie, że nie będzie odkładał na starość. Operacja nie jest skomplikowana.
Rząd ma już doświadczenie w tego typu działaniach, bo do ZUS właśnie przegonił wszystkich tych, którzy w OFE byli i chcieli zostać. Teraz zróbmy to samo, tylko w słusznej sprawie.
Dajmy pracodawcom możliwość dołożenia do takiej emerytalnej inwestycji dowolnej kwoty i pozwólmy im wpisać ją sobie w koszty. Więcej, dajmy państwu możliwość przyznania nam premii za aktywną postawę emerytalną. Po pięciu, a może dziesięciu latach oszczędzania. Dołożenie do tego interesu będzie kosztowało budżet państwa mniej niż później troska o biednych Polaków na emeryturze.
I jeszcze jeden element układanki. Może nawet ważniejszy. Dajmy młodym ludziom wiedzę. Zapytam wprost: po co w szkole uczyć fizyki czy chemii, skoro w dorosłym życiu wykorzystuje ją minimalna część społeczeństwa. Uczmy ekonomii, gospodarki, uczmy o pieniądzach.
Od tego w dorosłym życiu nie da się uwolnić. Prawa ekonomii czy wolnorynkowej gospodarki doganiają nas codziennie i na każdym kroku. Bez względu na to, czy ktoś jest profesorem, rolnikiem, dziennikarzem, górnikiem czy pielęgniarką.
Każdy codzienne zagląda do swojego portfela i pewnie w sporym stopniu od tego, czy coś wie o gospodarce, zależy to, czy coś w tym portfelu ma. Jeśli nie będziemy uczyć się gospodarki, pojawienie się kolejnych „Amber Goldów" jest tylko kwestią czasu.
Ernest Bodziuch Dziennikarz telewizji Polsat News