Do dziś trzymam w szufladzie mapę połączeń z tamtych czasów, która – przynajmniej w zachodniej Polsce – prezentowała się imponująco: gęsta siatka linii łączących najmniejsze nawet miejscowości.
Dziś możemy o niej tylko pomarzyć. Tory być może jeszcze zostały, ale pociągi już dawno po nich nie jeżdżą. Powód? Kolei utrzymywanie tych połączeń ekonomicznie się nie opłacało, a gmin nie było stać na to, aby siatkę od PKP przejąć. Być może inaczej myślałby prywatny zarządca, ale, jak wiemy, związkowcy skutecznie sprzedaż firmy zablokowali.
Skutek jest taki, że z roku na rok znikają kolejne połączenia – i to nie tylko lokalne. Nie ma już np. ani jednego bezpośredniego połączenia Warszawy z Wrocławiem przez Poznań. Owszem, może nie ma takiej potrzeby, skoro mamy pendolino do Wrocławia, ale raz, że nie każdego na ten luksus stać, a dwa – bezpośrednie połączenie ze stolicą stracili tym samym mieszkańcy dawnych miast wojewódzkich leżących na tej trasie.
Z roku na rok pogarsza się też stan torowisk – z tego powodu np. okazało się, że do stolicy Wielkopolski pendolino nie pojedzie. Nieważne, że w ostatnich 15 latach ta trasa była remontowana już dwa razy. Jak się okazało – niewystarczająco.
Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest utrata klientów przez PKP. Sytuację skrzętnie wykorzystują inni – linie lotnicze wprowadzają na tyle atrakcyjne oferty, że np. do Gdańska nie opłaca się już jeździć, skoro można polecieć w jedną stronę za 19 zł. Siatkę połączeń rozszerzył też Polski Bus, który np. na wieść o zawieszeniu przez PKP bezpośredniego połączenia z Warszawy przez Poznań do Wrocławia wprowadził do rozkładu jazdy kierunek Poznań–Wrocław. Kwitnie też społeczna inicjatywa pod tytułem Blablacar, w ramach której kierowca oferuje przejazd autem na określonej trasie za bardzo atrakcyjną stawkę.