Dzielni politycy poczuli krew i rzucili się do ataku: to jasne, że za niedomagania służby zdrowia odpowiadają wynagrodzeniowe patologie i przywileje dla wybranych. Zabronić łączenia pracy w państwowej i prywatnej służbie zdrowia, wprowadzić limity zarobków, odwołać ministrę zdrowia. No i oczywiście dodać pieniędzy, bo przecież to właśnie ich brak jest praprzyczyną wszystkich problemów. Niekoniecznie.

Oczywiście, że w dłuższej perspektywie Polska będzie musiała zwiększać wydatki na ochronę zdrowia, bo społeczeństwo się starzeje, a medycyna może zaoferować coraz więcej – niestety za coraz większe pieniądze. Wydawane już obecnie przez nasz kraj ponad 8 proc. PKB na ochronę zdrowia to całkiem sporo, ale normą dla bogatych krajów zachodniej Europy jest dziś 10-12 proc.

Czytaj więcej

Afera w Warszawskim Szpitalu Południowym potwierdza przekonania Polaków o lekarzach

Z drugiej jednak strony, w ciągu minionej dekady mieliśmy do czynienia z bardzo silnym wzrostem nakładów na ochronę zdrowia (głównie publicznych, stanowiących dziś niemal 80 proc. całości). Ponieważ PKB zwiększył się o ponad 40 proc., a udział wydatków na ochronę zdrowia wzrósł z 6 do ponad 8 proc., realnie nakłady zwiększyły się o ponad 80 proc. Gdyby prawdą była powtarzana od lat mantra, że przyczyną kłopotów służby zdrowia jest głównie brak pieniędzy, taki niemal dwukrotny wzrost powinien przynieść zauważalną poprawę sytuacji. Nie przyniósł.

PZwiększone gwałtownie środki nie przełożyły się na wyraźną poprawę sytuacji dlatego, że nikt nie zdobył się na dokonanie reform, dzięki którym moglibyśmy być pewni, że środki te byłyby wydane w sposób efektywny. Pierwszą i ostatnią poważną reformę funkcjonowania służby zdrowia usiłowano w Polsce wprowadzić niemal 30 lat temu. Nie da się ukryć, dość nieudolnie, co doprowadziło do wybuchu niezadowolenia i nauczyło polityków, by od zdrowia trzymać się jak najdalej. W odpowiedzi na strajki, niekontrolowany wzrost zadłużenia szpitali, albo masowe wyjazdy lekarzy co jakiś czas dorzucać pieniądze – w ostatnich latach dość potężne – i za nic w świecie nie próbować nic zmieniać.

Odkryte właśnie milionowe zarobki niektórych lekarzy (z deklarowanym czasem pracy sięgającym podobno u rekordzistów średniorocznie 23 godzin na dobę, wraz z niedzielami i świętami) to wcale nie przyczyna choroby, ale tylko jej objaw. Po prostu nie stworzono systemu, który pozwoliłby skutecznie kontrolować publiczne wydatki na ochronę zdrowia, a w szczególności zapewniać, by szły one tam, gdzie są najbardziej potrzebne.

Nie ma wątpliwości: publiczna służba zdrowia jest chora. Ale do wyleczenia potrzebna jest prawdziwa kuracja, a nie manipulowanie finansowymi lekami przeciwbólowymi.