To trudna chwila w polityce, gdy ekonomia mówi jedno, a sondaże podpowiadają coś zupełnie innego. Wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem podbiła ceny ropy, a wraz z nimi ceny paliw. I w tym sensie wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być, przynajmniej z punktu widzenia rynku.

Między rynkiem a polityką przy dystrybutorze

Ceny paliw – jak każdego surowca – powinny bowiem odzwierciedlać realne warunki podaży i popytu. Wojna zwiększa ryzyko dostaw, a więc i ceny. Interwencja państwa, czy to poprzez obniżkę podatków czy naciski na spółki paliwowe, zaburza ten mechanizm. Krótkoterminowo przynosi ulgę kierowcom, ale długoterminowo prowadzi do zniekształcenia rynku i generuje ukryte koszty – w postaci wyższych podatków, inflacji lub ograniczenia inwestycji.

Czytaj więcej

Rząd podał maksymalne ceny paliw na wtorek

Alternatywa jest znana: jeśli państwo chce pomóc, powinno robić to precyzyjnie, wspierając tych, którzy rzeczywiście najbardziej odczuwają wzrost cen. Transport, rolnictwo, najuboższe gospodarstwa domowe. Oczywiście, to rozwiązanie mniej spektakularne, ale ekonomicznie bardziej racjonalne.

Tyle że polityka nie znosi takich „oczywistości”. Bo wysokie ceny paliw to nie abstrakcyjny wskaźnik, tylko codzienny komunikat dla milionów kierowców. A to oznacza, że państwo musi zareagować – nie tylko gospodarczo, ale przede wszystkim politycznie. Gdy ceny na stacjach zaczynają drażnić wyborców, niewidzialną rękę rynku zastępuje bardzo widzialna ręka państwa.

I w tym sensie program CPN jest odpowiedzią nie tylko na wojnę w Iranie, ale także na wojnę sondażową w kraju. Rząd nie chce oddać tego pola opozycji, która z każdej podwyżki ceny litra benzyny robi symbol drożyzny. Minister finansów mówi zresztą wprost: trzeba dbać o nastroje konsumentów i ich skłonność do wydawania pieniędzy. Innymi słowy, nie chodzi tylko o paliwo, ale o percepcję wyborcy.

Rachunek, którego dziś nie widać

Problem w tym, że polityka „tu i teraz” ma swoją cenę. Każda sztucznie obniżona cena dziś oznacza koszt przeniesiony w czasie. W polskim przypadku to około 1,6 mld zł miesięcznie, czyli blisko 5 mld zł w skali kwartału. Do tego dochodzi ryzyko ceny maksymalnej, która kusi prostotą, ale odrywa rynek od realiów.

Europa ma podobny dylemat. Włosi, Hiszpanie czy Norwegowie wybierają szybką ulgę przy dystrybutorze, ale nie tak spektakularną jak Polska. Francuzi i Brytyjczycy wolą pomoc celowaną, pamiętając koszty poprzedniego kryzysu. Inwestorzy patrzą zaś na to z niepokojem. Rośnie rentowność obligacji, bo każdy taki ruch oznacza dodatkowe obciążenie finansów publicznych.

I tu kryje się prawdziwy rachunek za program CPN. Mimo że Polacy oszczędzają na wydatkach na święta – planują, szukają promocji, ograniczają zakupy – będzie to jednak najdroższa Wielkanoc po 1989 r. Rachunek przyjdzie zaś za kilka lat. W podatkach, w długu, w kosztach finansowania państwa. I jak zwykle, okaże się, że polityka „tu i teraz” była tania tylko przez chwilę.