Smak co najmniej dyskusyjny, efekty działania w porównaniu z espresso wątpliwe. Jednak faktem jest, że ta kategoria rynek zdobyła szturmem i pewnie nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Zwłaszcza młodzi ludzie energetyki piją bowiem często i chętnie, ale na nich popyt się nie kończy. Młodzi stawiają na marki tańsze czy wręcz produkty produkowane na zlecenie sieci handlowych, oczywiście z racji konkurencyjnych cen.

Dla grup starszych konsumentów liczy się marka, więc te wyżej pozycjonowane cenowo dalej trzymają się doskonale. Zwłaszcza jeśli dodają skrzydeł – hasło jednej marki wryło się w podświadomość nawet tych, którzy jak ja energetyków nie uznają, choćby z powodu walorów smakowych.

Ta kategoria jest także potwierdzeniem, jak można wykreować produkt, choć wydawałoby się, że nie ma szans na znalezienie chętnych na taką ofertę. Kluczem do serc i portfeli był jednak doskonały marketing, często z wykorzystaniem gwiazd sportu.

Dzisiaj osoby pijące energetyki widać wszędzie. W biurach firm konsultingowych, gdzie wytrwali pracownicy w czasie dopinania projektu spędzają za biurkiem nawet po kilkanaście godzin na dobę, małe lodówki z puszkami takich napojów są stałym elementem krajobrazu.

Wykreowano produkt, przekonano konsumentów, że mają potrzebę i wszystko zagrało. Wrażenie robi suma – miliard złotych wydawanych na takie produkty to naprawdę imponująca kwota. Ciekawe, jak w epoce promowania naturalnych, jak najmniej przetworzonych, produktów odnajdą się producenci energetyków. Ich skład to zazwyczaj wyłącznie sztuczne dodatki, barwniki, aromaty.

Czy nabywcy takich napojów staną się ich fanami na lata czy raczej porzucą na rzecz czegoś, co marketingowcy właśnie teraz obmyślają? Sam jestem ciekawy, czy ten rynek się utrzyma lub ewentualnie, w jakim kierunku będzie się dalej rozwijał.