Kolor czerwony coraz wyraźniej dominuje na monitorach maklerów i inwestorów, począwszy od Nowego Jorku, przez Paryż, Londyn, Frankfurt, a skończywszy na Warszawie. Dzienne spadki indeksów giełdowych, sięgające 3–5 proc., nie należą już do rzadkości i przypominają strach, który na krótko pojawił się wraz z pandemią. Są też porównania z sytuacją z 2007 r., kiedy na świecie zaczęła się dotkliwa, trwająca dwa lata bessa, wywołana pęknięciem bańki na amerykańskim rynku nieruchomości i niespodziewanym upadkiem bankowego giganta Lehman Brothers.

Obecny pesymizm wychodzi niestety poza ramy akcyjne. Już od miesięcy w mocnych objęciach niedźwiedzia są rynki obligacji. I to w dynamice niewidzianej od dekad. Przekonują się o tym klienci krajowych funduszy papierów dłużnych, którzy w niespełna rok na tych „bezpiecznych” inwestycjach stracili aż jedną piątą oszczędności. To bezpośredni efekt inflacji, a przede wszystkim rosnących w błyskawicznym tempie rynkowych stóp procentowych (wyprzedzają nieco decyzje banków centralnych).

W oczach tanieje nawet główna kryptowaluta, czyli popularny bitcoin. Przez dekadę kusił on nieustannie rosnącym kursem zwłaszcza młodszych dysponentów gotówki. Teraz od „wierzchołka” jego wartość stopniała o ponad połowę i końca nie widać. O ile wcześniej pojawiały się prognozy mówiące o kursie do nieba, czyli ponad 100 tys. dol. za bitcoina, tak teraz obserwujemy „jazdę” w drugą stronę i ceny docelowe nawet na poziomie 10 tys. dol.

Generalnie można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że dekada spokoju na szeroko pojętym rynku finansowym, przerwana tylko na miesiąc niepewnością dotyczącą covidu, właśnie się zakończyła. Inwestorzy zapałali nie tylko chęcią do realizacji rosnących od lat zysków. Pretekstem do szybkiego pozbywania się aktywów stały się teraz obawy o kondycję światowej gospodarki.

Łańcuszek nieszczęść w postaci długiej ery taniego pieniądza, koronawirusa, przerwanych łańcuchów dostaw w przemyśle i tzw. helicopter money (czyli pompowania gotówki w obieg przez rządy i banki centralne) wywołały demona, czyli niewidzianą od kilkudziesięciu lat tak wysoką inflację. Oliwy do ognia dodała wojna w Ukrainie, a zwłaszcza rekordowe ceny podstawowych surowców, wsparta problemami w Chinach. Teraz czas na finał tej wybuchowej mieszanki, czyli dotkliwą recesję lub stagflację (za bardzo nie wiadomo, co jest gorsze).

Jest w tym wszystkim jeden pozytyw. Zwłaszcza dla oszczędzających. O ile rynki się nie mylą (a rzadko to czynią) i recesja za chwilę rzeczywiście zapuka do naszych drzwi, o tyle zanim inflacja osiągnie swój szczyt, rynkowe stopy procentowe zaczną tak szybko spadać, jak dotychczas rosły. Natomiast banki centralne, chcąc na nowo pobudzić gospodarkę, zaczną chwilę później obniżać stopy procentowe. Taki scenariusz zwiastuje z kolei dobre czasy dla rynku obligacji z wysoką dzisiaj rentownością (dla polskich pięciolatek sięga niemal 7 proc.). Być może to również ostatni dzwonek do przeprosin ze wspomnianymi, przecenionymi funduszami papierów dłużnych.

Czytaj więcej

Widmo globalnej bessy jest coraz wyraźniejsze