Jeśli bowiem w kolejnych miesiącach odżyje import, napędzany przez konsumpcję gospodarstw domowych, a wiele wskazuje na to, że tak się stanie, budżet nie powinien tracić na podatkowych dochodach. Co więcej, jeśli import będzie rósł, a eksport dalej spadał, to kasa państwa może na tym nawet delikatnie skorzystać (a przynajmniej nie tracić), co wzbudziłoby zadowolenie ministra finansów.

Jednak zadowolenie to może być iluzoryczne. Wkrótce może się bowiem okazać, że gospodarka pracuje na jednym tylko silniku – popycie krajowym. A jak wiadomo, żaden samolot na jednym silniku daleko nie poleci. Jeśli nie ruszą inwestycje i eksport, tempo wzrostu gospodarczego będzie hamować, a to już dla budżetu państwa znacznie poważniejsze wyzwanie. Tym bardziej że paliwa nowych wydatków pod tytułem 500+, które dziś poprawia dynamikę konsumpcji, zabraknie w połowie 2017 r. Tymczasem dopięcie się przyszłorocznego budżetu uzależnione jest głównie od efektów walki z przestępczością podatkową i  właśnie tempa wzrostu gospodarczego. Jeśli PKB będzie rósł wolniej niż w tym roku, misterna konstrukcja źródeł finansowania rządowych planów może się rozpaść jak domek z kart.

Wicepremier Mateusz Morawiecki często podkreśla, że potrzebny jest nam taki wzrost gospodarczy, z którego korzystać będzie także społeczeństwo. Trudno polemizować z tą tezą, bo zakłada ona, że dotychczas nikt czy prawie nikt na wzroście nie skorzystał. Bez względu na to jednak, co premier miał na myśli, na pewno nie chodzi o to, by polskie firmy mniej eksportowały. I jeszcze jedno. Wsparcie ekspansji zagranicznej naszych firm jest jednym z kluczowych celów w planie Morawieckiego. To już drugi cel – po wzroście stopy inwestycji – którego na razie nie udaje się realizować. Zapewne nie wynika to z nieudolności wykonawców planu, lecz raczej z tzw. przyczyn obiektywnych. Ale pokazuje to, jak bardzo trudno zrealizować nawet najszczytniejszy program.