Gdy w Kancelarii Premiera na specjalnie zwołanym posiedzeniu gabinetu ministrowie prężyli muskuły, chwaląc się swoimi osiągnięciami w minionych 12 miesiącach, GUS wylał na ich głowy wiadro zimnej wody, informując, że w III kwartale polski PKB rósł w zaskakująco rozczarowującym tempie 2,5 proc. (rok temu w tym samym okresie wzrost wynosił 3,4 proc.).
Trudno byłoby winić ekipę Szydło za wszystkie plagi egipskie. Nie odpowiada ona np. za słabnące tempo wzrostu eksportu – jednego z głównych trzech silników napędzających gospodarkę. Jest ono skutkiem pogarszającej się koniunktury międzynarodowej.
Sporo natomiast winy rządu jest w tym, że gospodarki nie napędza drugi silnik – inwestycje. Zakręcił się, popykał i zgasł, jak w starym maluchu. Prywatne firmy nie rwą się do inwestowania, m.in. z powodu atmosfery niepewności, jaką wytwarza sam rząd. Niepewne są przyszłe podatki, co rusz pojawiają się zaskakująco restrykcyjne projekty idące pod prąd planowi Mateusza Morawieckiego.
Przede wszystkim jednak widoczna jest flauta w infrastrukturze – to skutek braku przygotowanych planów budowy dróg, a zwłaszcza remontów linii kolejowych za pieniądze z Unii. O ile jeszcze wiosną rządzący mogli na pytanie „kto winien" wskazać palcem poprzedników, o tyle teraz zdecydowanie pracują już na własny rachunek.
Przygotowywaniu nowych projektów i snuciu inwestycyjnych planów zdecydowanie nie służy totalna wymiana kadr, którą PiS zafundował należącym do Skarbu Państwa firmom. Menedżerów obsadzonych przez PO zastąpili często nieprzesadnie kompetentni ludzie. Dostrzegł to nawet PiS, puszczając w ruch już drugi raz w ciągu roku miotłę kadrową.