Po prawicowym Polskim Ładzie, o którym pisałem przed tygodniem, przyszła kolej na Receptę dla Polski, tym razem sformułowaną przez Lewicę. Tradycyjnie recepty zwykły być pisane w sposób tak nieczytelny jak to tylko możliwe. A tu proszę – wszystko prosto, jasno, czarno na białym. Czytamy i cóż znajdujemy?

Znajdujemy bardzo zachęcające obietnice, bardzo podobne do tych z Polskiego Ładu, ale oczywiście nieco ambitniejsze. Prawica chce 7 proc. PKB na służbę zdrowia? No to Lewica podbija to do 7,2 proc., dorzucając jeszcze coś dla pielęgniarek. Prawica daje wolne od podatku emerytury? To Lewica dodaje jeszcze każdemu seniorowi torebeczkę z pulsoksymetrem i ciśnieniomierzem (zapewne po to, żeby nie zasłabł ze szczęścia po usłyszeniu programu). Prawica chce skończyć z umowami śmieciowymi? To Lewica chce tego samego, a dodatkowo 100 proc. wypłaty chorobowego. Prawica chce w szkole więcej lekcji historii? To Lewica też chce więcej lekcji, ale o tym, jak zdobyć dobrą pracę. Mamy świetne przykłady, jak takie lekcje robić. Choćby słynna „Lekcja teoretyczna: rozmowa z klientem", którą w znanym skeczu z Kabaretu Dudek udzielał Jasiowi (Gołasowi) Pan Majster (Kobuszewski).

Najważniejsze podobieństwo między Polskim Ładem a Receptą na Polskę jest takie, że oba programy zgadzają się w jednym, fundamentalnym punkcie. Oba mówią, że należy zapewnić narodowi szczęście, lepiej dzieląc dochody. I słowem nie zająkną się o tym, co zrobić, by w Polsce więcej dochodu wytworzyć.

Oszczerstwo! – zgodnie krzykną autorzy obu programów (jeśli oczywiście przeczytają ten felieton). Oczywiście, że bardzo dbamy o to, aby polska gospodarka się rozwinęła. I mamy znakomitą receptę na to, żeby Polacy zarabiali tyle co Niemcy.

Prawica śmiało obiecała, że Polacy w ciągu kilku lat osiągną poziom dochodów Niemców, jeśli tylko wyżej opodatkować bogatych i oddać biedniejszym. A Lewica znalazła na to sposób jeszcze prostszy, w dodatku bez żadnego kombinowania z podatkami. Po prostu to państwo ma zadbać o to, by wszyscy Polacy mieli dobrą pracę, a polskie pensje dorównały niemieckim. I może to zrobić w bardzo prosty sposób. Poza wspomnianymi lekcjami teoretycznymi wystarczy jeszcze podnieść płacę minimalną z obecnych 2,8 do 3,5 tys. zł (znowu lekko przeskakując obietnice prawicy). Wprawdzie w Niemczech jest to 1,5 tys. euro, więc nadal więcej, ale wraz z zaproponowanymi mechanizmami przyszłego wzrostu w parę lat uda się tę różnicę odrobić.

Och ty, głupi ekonomisto, plotący o tym, że przeciętne wynagrodzenie Polaków zależy od wydajności pracy! Albo o tym, że jakość miejsc pracy i płace zależą od efektywności działania przedsiębiorstw i instytucji publicznych, od inwestycji i stosowanych technologii, od innowacji, od aktywności ekonomicznej, od przedsiębiorczości, od edukacji, sprawności działania rynku, jakości prawa! Wcale nie zależą od tego całego nudnego i długiego katalogu spraw. Zależą od prostej decyzji państwa na temat płac minimalnych. Autorzy obu programów to wiedzą, a ty, głupi ekonomisto, nie. A dlaczego? A dlatego (jak wyjaśnił narzekającemu klientowi Pan Majster) „...bo pan jesteś cham, ćwok, swołocz, nieuk i woda na młyn odwetowców!".