Dotyczyłby głównie sklepów wielkopowierzchniowych i centrów handlowych. Stacje benzynowe i sklepiki, gdzie za ladą stanie rodzina właściciela, miałyby dyspensę.
Idea na pierwszy rzut oka jest szczytna – dać ludziom pracującym w handlu wytchnienie od harówki i pozwolić pobyć trochę z rodziną. Nic dziwnego, że pomysł popiera około połowy społeczeństwa, z czego jedna czwarta jest zdecydowanie za zakazem niedzielnego handlu. Zdecydowanie przeciwni pomysłowi są natomiast zaganiani mieszkańcy wielkich miast. Dla nich weekend to jedyny czas, kiedy mogą zrobić większe zakupy. Przeciw są także młodzi ludzie, dla których otwarte świątek piątek sklepy to normalność.
Założę się, że przeciwników zakazu byłoby dużo więcej, gdyby przedstawić jego skutki. A będą to przede wszystkim zwolnienia w handlu. W końcu sklep pracujący o jedną siódmą krócej potrzebuje mniej personelu. Pracownicy, których redukcje nie dotkną, będą musieli dłużej pracować w piątek i sobotę, bo zapewne sieci działać będą w te dni do godz. 22 albo i 24, by zrekompensować choć część utraconych przychodów.
Można też się spodziewać zwyżki cen, bo koszty utrzymania sklepu trzeba będzie rozłożyć na mniejszą ilość produktów, wszak krótszy czas sprzedaży to mniejsze obroty. Małe sklepy nie będą cenową przeciwwagą, bo tam ze względu na wyższy poziom kosztów i tak już płacimy znacznie więcej. Wykorzystają raczej okazję do podwyżki cen i poprawy swoich marż, co zmniejszy – ale nie wyeliminuje – ryzyko wypadnięcia z biznesu.
Dlatego obstawiam, że głównym wygranym zakazu handlu w niedzielę nie będą pracownicy wielkich sieci ani nawet NSZZ „Solidarność", tylko... stacje benzynowe. Obok królujących tam dziś na półkach piwa i wódki w weekendy pojawi się pewnie mleko oraz paczkowany chleb i wędliny. Za które oczywiście trzeba będzie słono zapłacić. Naftowe koncerny zarobią.