Indeksy naszego rynku w końcu brylują na tle innych światowych wskaźników giełdowych. Pieniądze na GPW od dobrych trzech miesięcy znów płyną szerokim strumieniem. Spółki, również te największe, stały się atrakcyjnym towarem dla zagranicznych inwestorów.

Maklerzy wskazują, że coraz więcej pracy mają także dzięki drobnym ciułaczom. Klienci TFI, którzy do tej pory stawiali przede wszystkim na bezpieczeństwo, powoli przekonują się do funduszy akcyjnych, które są obarczone większym ryzykiem. Tylko czy ktoś myśli o ryzyku, kiedy stopa zwrotu z inwestycji w akcje w krótkim czasie sięga kilkunastu procent?

Z jednej strony trzeba cieszyć się chwilą. Przez długi czas przecież o giełdzie mówiło się przede wszystkim źle. Politycy porównywali ją do szulerni, kolejne ekipy rządzące swoimi posunięciami skutecznie zniechęcały poważny kapitał do inwestycji w polskie akcje, a Kowalski mógł tylko z zazdrością patrzeć, jak światowe giełdy biją kolejne historyczne rekordy. Rynki mają jednak to do siebie, że są cykliczne. Wcześniej czy później kończy się nawet najgorsza passa. Trzeba jednak pamiętać, że zależność ta działa też w drugą stronę.

Co prawda analitycy twierdzą, że słońce nad GPW może świecić jeszcze jaśniej, ale nie uprawnia to nikogo do bezgranicznej wiary w to, że wzrosty będą trwały w nieskończoność. Lista ryzyk jest bowiem długa, zaczynając od kontrowersyjnych działań nowego prezydenta USA Donalda Trumpa, poprzez niepewną przyszłość polityczną w Europie, na kolejnych pomysłach naszej klasy politycznej kończąc.

Kiedy więc przyjdzie czas na realizację zysków? Powiedzenie mówi, że hossa się kończy, gdy na rynek wchodzi „ulica", czyli grupa osób, która z giełdą wcześniej miała niewiele wspólnego. Czasami więc zamiast słuchać analityków, lepiej posłuchać, o czym dyskutuje sąsiad, taksówkarz czy też sprzedawca w sklepie.